żywot gnoja 2009-07-06 01:41:36

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale chciałabym, żeby Katarzyna Cichopek wstrzyknęła mi Pavulon w palce. Ale, niestety, nie z tego powodu nie pisałam. Wiesz, szefowa powiedziała, że jednak mamy nikogo nie przyjmować, bo nie ma funduszy na wypłaty..
Ojojojoj. Nic się nie stało. Pozdrowienia od firmy es es i jot. 

No głupio wyszło, głupio i czuję się wychujana, ale pocieszam się tym, że tak miało być i to wcale mnie nie pociesza ;).

Zajmuję się natomiast dwuletnią dziewczynką, którą nazwijmy sobie Zuzia. Musimy sobie ją tak nazwać, bo gdyby jej rodzice to wszystko przeczytali, to dowiedzieliby się, że są strasznymi cymbałami. Mam nadzieję, że jak Zuzia zacznie mówić, to sama im o tym powie.
Dziewczynka w przeciwieństwie do rodziców jest urocza i gdyby nie to, że stasznie ją polubiłam, na pewno dawno bym stamtąd spieprzyła.
Jak dotąd nauczyła się mówić parenaście zwrotów, których potrafi już używać adekwatnie do sytuacji. O tym, do jakiego stopnia adekwatnie, przekonałam się, oglądając z nią książeczkę z obrazkami. Zawsze wykonując tę czynność, opowiadam jej o postaciach, które widzi.

Tak też było, kiedy padło akurat na jakąś książkę o warzywach. Wskazuję na jedno z nich i pytam :

- No, Zuziu.. a tutaj co widzisz?
Dla mnie oczywistym było, że obie widzimy buraka, ale mała dostrzegła w nim coś więcej. Ucieszona odpowiada :
- Tatuś !!!!!

Z trudem przez gardło przeszło mi : "nie, to jest burak!", ale przecież i tak obie miałyśmy na myśli to samo. 
Podobna sytuacja miała miejsce zimą, kiedy przed blokiem ujrzała wielkiego bałwana, również nazywając go tatusiem. Taka mała, a taka uświadomiona...

W zeszłym tygodniu poszłyśmy do piaskownicy. Wzięłyśmy ze sobą bańki mydlane, gdyby Zuzi znudziło się grzebanie w piasku. Tak też stało się po jakimś czasie, więc usiadła obok mnie na ławce. Wyciągnęła z reklamówki bańki mydlane, podała je mnie i krzyknęła : "duziaaaaaaaaa!". Oznaczało to w jej języku, że chce, bym zrobiła jej dużą bańkę. Wypełniłam swą powinność i wskazując na unoszącą się do góry ogromną bańkę, mówię radośnie :

- Zooobacz, Zuzia!! Jaka bańka! Taaaaka duuuża!
Dziewczynka z otwartą buzią przygląda się temu zjawisku i po chwili zamyślona rzecze:
- No.. jak Bóg..

Zszokowało mnie to tym bardziej, że było to właściwie pierwsze zdanie wypowiedziane przez nią, które.. miało sens? Nie wiem, jak Wy, ale mnie to skłoniło do refleksji.

Wolę jednak wierzyć w to, że Zuzia nie zawsze jest świadoma tego, co mówi. Bo rozumiem, że woła na mnie "nianiusia", "jajusia", "jajko i "jajo", ale kiedy ostatnio z drugiego pokoju usłyszałam : 

- Anus! Oć tu !! ,

to naprawdę, naprawdę.. jesteśmy w dupie..

Pamiętam jeszcze okres, kiedy Zuzia przeżywała ogromną fascynację literkami "ś" oraz "ć", w kółko powtarzając sobie pod nosem : "kiciuśśś", a ja ewoluowałam z "niania" na "nianiuś". Ale pewnego razu naprawdę przegięła pałę.

Dziewczynka dopadła gazetę z półki, na jednej ze stron widniało zdjęcie rodziny jedzącej śniadanie. Postanowiłam, że i ten moment wykorzystam na zachęcenie Zuzi do mówienia, zwracam się więc do niej :

- Ooo. Tu mama, tata i chłopczyk jedzą śniadanie w swoim domku. A kto mieszka w Twoim domku, Zuzia?
Na co ta, jednym tchem, absolutnie bez zająknięcia się, odpowiada :
- Mamuś, tatuś, dziadziuś, nianiuś, kiciuś, miś, liść, iść !

Brawo, Zuzia! Nie pominęłaś żadnego członka swojej rodziny.

Chciałabym obiecać, że będę pisać, kiedy Zuzia na dobre rozkręci się w mówieniu, ale prawdopodobnie wtedy już mnie przy niej nie będzie. Na pewno będzie to trochę przykre, bo wspaniała jest świadomość, że można być jakąś cząstką życia takiego małego stworzonka. Ona niedługo mnie zapomni, ale cieszę się, że mogłam dać jej choć trochę radości, a ona odpłaciła się tym samym.

Nie pisałam tak dawno, że wiele zdążyło się już zmienić. Pracy w bawialni dla dzieci nie podjęłam, ale przeszłam za to szkolenie- i choć trwało krótko, przez chwilę przypomniałam sobie, jak to jest mieć dwudziestkę dzieci na głowie i ani chwili na oderwanie się od absurdu.
Już pierwszego dnia, po paru minutach, usłyszałam wołanie dwóch dziewczynek ze zjeżdżalni :

- Czeeeeeść !!! Pobawisz się z nami ???
- Za chwilkę, bo muszę tutaj z panią porozmawiać.

Dziewczyny jednak nie dają za wygraną i po chwili znów słyszę :
- No pooobaw się z naaamiii !!!
Podchodzę więc, gdy jedna z nich pyta :
- A jaak masz na imię ?
- Karolina, a wy ?
- Ja jestem Amelka, a to jest Klaudia !!
- A ile macie lat ?
- Ja mam pięć, a Klaudia sześć! A ty ile masz ???
- Ja mam dwadzieścia jeden..
Wtem na twarzy Amelki maluje się ogromne zdziwienie zmieszane z zawstydzeniem. Po chwili odpowiada :
- Coo ?! O kurde.. bo ja myślałam, że siedem...

No wreszcie jakaś szczerość na tym świecie! A nie jakieś durne wmawianie, że faktycznie wyglądam młodo, ale na jakieś szesnaście, siedemnaście lat. Wy kłamki !

Tego dnia miałam prowadzić imprezę urodzinową dla dzieci. Jedna z dziewczyn, z którą miałam pracować zajmowała się z dziećmi nie uczestniczącymi w urodzinach, a ja tymi przy stole. Siedziałam więc i pomyślałam, że zintegruję się z grupką i nawiążę dialog tematyczny ;). Pytam więc, gdzie chciałyby spędzić swoje wymarzone urodziny. Trudno mi powiedzieć, co sama odpowiedziałabym na to pytanie, będąc w ich wieku. Ale słysząc ich odpowiedzi, zdałam sobie sprawę, że mam naprawdę bardzo biedną wyobraźnię.

Karolinka, 6 lat :
- W garażu !!!!
- Dlaczego ?
- Bo byłoby fajnie!

Mateusz, 7 lat :
- W kopalni !!!
- Ale dlaczego?
- Bo mógłbym się caaały ubrudzić !

Ola, 6 lat :
- Na dworcu w Katowicach !
- Dlaczego na dworcu ?!
- Żartuję ! A była pani tam? Ale śmierdzi, co nie?!

Eryk, 6 lat :
- W samochodzie, a wie pani dlaczego ?
- Naprawdę nie mam pojęcia
- Bo mało osób by się tam zmieściło!

Wzruszyła mnie jednak wypowiedź siedmioletniej Milenki :
- To są moje wymarzone urodziny i chciałabym, żeby pani tu była na każdych urodzinach!
- Ojej, dziękuję, to bardzo miłe..
- No ! I żeby moi rodzice panią wzięli.
- Ale jak to wzięli ?
- Normalnie- adoptowali. Tak jak psa ze schroniska!

Ej, ja na serio jestem taka podobna do psa? Rodzice powiedzieli, że nie. Kochane Bravo, co robić ????

Przy tym samym stole dowiedziałam się bardzo interesujących rzeczy. Wciąż prowadząc dialog tematyczny, zaczęłam zagajać, że w tym pomieszczeniu jest piękna urodzinowa dekoracja i bardzo kolorowa. Jedna dziewczynka przyznała mi rację, mówiąc :

- No właśnie! Bardzo ładnie tutaj.. ten zielony kolor jest ładny. To mój ulubiony kolor zaraz po różowym.
- A dlaczego tak lubisz różowy kolor?
- Bo jest ładny i go lubię!

Wtrąciła się inna dziewczynka, koleżanka tej pierwszej :
- Bo ona bardzo lubi Dodę, a ona się ubiera na różowo.

I jeden z chłopców, który do tej pory biernie przyglądał się dyskusji, plasknął sobie otwartą dłonią w czoło, mówiąc z buzią pełną ciastek :
- Dzieeeewczyyyyny.. przecież ta Doda wygląda jakby ją ktoś orzygał...

  ...I zawsze podziwiałam facetów za tę niczym nie skrępowaną jasność umysłu..

Potem przyszedł czas na oglądanie prezentów. Prezenty zwaliły mnie z nóg i doszłam do wniosku, że cieszę się, że nie żyję w tych czasach i nie dostaję naklejek z Hannah Montana. Ale to jeszcze nic. Siedmioletnia solenizantka Kasia otrzymała mp4 i swoją radość wyraziła w ten sposób : 

- Jaaaaaaaaaa !!! Jak mój tata to zobaczy, to się norrrrmalnie zessra !!

Szalejąc z radości zaczęła skakać dookoła, biegać po całym terenie bawialni, aż w końcu położyła się na podłodze. Podeszłam do niej lekko zaniepokojona, ponieważ nie wstawała dłuższą chwilę. Pytam Kasi :

- Kasia, nic ci nie jest? Wszystko w porządku?
- Wszystko dobrze.. po prostu się spociłam jak świnia z tej radości

I wiecie co? Nawet nie wiem, jak to skomentować. Wybierzcie sobie właściwy komentarz spośród :
a) lol
b) rotfl
c) lmao
...

Następne zdarzenie, które chodzi mi po głowie to kolejna impreza dla dzieci, którą prowadziłam jako animatorka. Odbywało się to w prywatnym przedszkolu, ja przebrana byłam za księżniczkę, a uczestniczkami imprezy same dziewczynki, również wystylizowane na damy. Każdej z niej pomagałam się ubierać. Jedna poprosiła mnie, bym poszła z nią do łazienki i założyła jej sukienkę. Zgodziłam się, a zaraz po tym, jak zamknęłyśmy za sobą drzwi, usłyszałam :
- Ja się teraz rozbiorę, ale proszę uważać, bo będą cycusie!

Ale.. ale na co mam konkretnie mam uważać...?


Zaraz po wyjściu ta sama mała księżniczka z zafascynowaniem poinformowała mnie : 

- A wie pani co ?!?! Ja dzisiaj zrobiłam kupę i wie pani co ?! Ona była zielona !

Roześmiałam się i nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć, odrzekłam wreszcie :

- Naprawdę? No to ja nie wiem naprawdę, co ty wcześniej jadłaś!

Dziewczynka spojrzała na mnie, z poważną miną myśląc przez chwilę i odparła :

- Noo.. no przecież chyba nie gówno!

No to ja już nie mam pomysłów na to, co mogłaś jeść...


Drodzy moi, godzina już nieco późna, a pani ciocia wiewiórka musi za parę godzin wstać.
Przepraszam za moje ogólne rozpieprzenie i oczywiście za Katarzynę Cichopek. Dziękuję, że mimo to ktoś tu ciągle wchodzi :)
A jeśli już mówimy o wielkich gwiazdach hollywood, to :

- Pani mi kogoś przypomina..
- Tak? A kogo takiego ?
- Ach, jejku.. kto to był..
- Spróbuj sobie przypomnieć, bo jestem ciekawa..
- A! Już wiem! Chyba You Can Dance !


Dobranoc ! :)

skomentuj (25)

jestem hardkorem 2009-05-06 00:07:21

Cześć, Tereska!
i oto powrócił największy cham, który nawet nie raczył się pożegnać.
Nie piszę, by wypełnić swą powinność pożegnania się. Nienawidzę pożegnań.
Niestety zmuszona byłam  odejść ze świata bajki.
Z ciemności do światła droga nie była łatwa.
Ale światło sprawiło, że dziś witam się z Wami na nowo :)
Za parę dni przypomnę sobie, jak to jest słyszeć jednym uchem o sikach, a drugim o kupie i powiem szczerze.. tęskniłam za tym.
Wróciłam.
Czujecie?
Nie, to nie kupa.... to  wiosna dobija się do mojego mózgu.

K.

skomentuj (23)

Ooo a z czym są te pierogi? To nie są pierogi. To są widelce. 2009-01-08 02:52:09


Czy wiesz, że ........

Wpisując w google :

"zdjęcia nagich babci w rajtuzach"
"pierwsze oznaki gejostwa"
"dorosły lubi chodzić w rajtuzach"
"gdzie mieszka tori spelling"
"tadeusz wyznaje milosc do zoski i mowi o swojej pomylce"
"mój tata ma robaki w dupie"
"robaki z kanalizacji"
"klaudia ktora nie umie zrobic kupy"
"yyyy jajko"
"z czego wylatuje żółte szmatki?"
"chcę być lwem"
"piosenki o wojnach, głodzie, smutku i bólu"

.... trafisz na pracownictwowielkichidealow.blog.pl?
Tak powiada moja strona ze statystykami.
Boję się. 
Czuję strach, który nasuwa pytanie : Boguuusiuuu, kim są Czytelnicy tego bloga? ;)

Ja natomiast opanowałam do perfekcji umiejętność cofania się w rozwoju. 
Dziś pytałam K., kto uczył Jezusa chodzić i czy w Betlejem pada śnieg, a jeśli tak, to skąd mieli tam buty zimowe? Interesowało mnie też, czy w tamtych czasach była kanalizacja, a jeśli nie, to dlaczego nikt nie zadzwonił po hydraulika? Doszłam do wniosku, że kanalizację opatentowały dinozaury. 
Znajdę argumenty do potwierdzenia mojej teorii, dajcie mi tylko troszkę czasu. Jeszcze parę rozmów z dzieciakami, a znajdę odpowiedź na każde pytanie. Naprawdę. 
Będąc dzieckiem, kiedy siedziałam z rodzicami i bratem przy kolacji, w telewizji leciała reklama tamponów O.B. Wyglądała ona tak, że jakaś kobita jechała na rolkach i zaciskała w ręku tampon właśnie. I tu widzimy zbliżenie na owy przedmiot, który powiększa swoją objętość w dłoni dziewczyny. "WTF?!" - pomyślałam. Tak naprawdę pomyślałam : "ojej, a o co chodzi?", więc spytałam mamy, po co są te tampony. Uzyskałam odpowiedź : "jak dorośniesz, to się dowiesz". I sama musiałam latami dochodzić tego, że tamponów to nie trzyma się w ręce podczas jazdy na rolkach. Ale w końcu znalazłam odpowiedź, gdzie się je trzyma. Więc nie wmówicie mi, że to nie dinozaury stworzyły kanalizację.

Jestem taka niedojrzała.

To nasuwa mi na myśl sytuację, mającą miejsce po świętach, kiedy na placu było tak wiele dzieci, że z minuty na minutę nogi były coraz bliższe znalezienia się w mojej, hm, dupie.
Był ranek, skupiłam na chwilę swoją uwagę na dwóch chłopcach przymierzających się do zjazdu na zjeżdżalni. 
Oboje siedzą już na niej, ale ten pierwszy ma problemy z zebraniem się w sobie do zjazdu. Drugi traci cierpliwość i szturchając go, krzyczy :

- Ruszaj się, mały-niedojrzały!
Zaśmiałam się, i komentując jego myśl, zapytałam :
- A co, ty jesteś taki dojrzały?
Chłopiec z zaciętą miną odgarnął zawadiacko włosy, odpowiadając :
- Jak nikt. Jak anioł zgniły.
Aaa, to przepraszam.. Anioły zgniłe to kwintesencja dojrzałości. 
Drugi chłopiec z zainteresowaniem słuchał naszej wymiany zdań i kiedy udało mu się skumulować burzę myśli, odwracając się w stronę malucha, zripostował :
- Tyłek zgniły masz.

Ciekawym zdarzeniem było ujrzenie, jak sześcioletni Michael wypłacił młodszemu koledze liścia w twarz.
Kiedy zamierzałam już interweniować, puszczając siarczystą wiązankę w stronę chłopca, zaatakowany maluch wstał, otrzepał się i rzekł do Michaela :

- To co? Bawimy się dalej ?

Matko. Jak ja zazdroszczę mu życia. To się nazywa upór, wytrwałość, pewność siebie. Marry me.

Zabawy niekiedy kończą się obrażeniami, o których dzieci oczywiście pragną nas powiadomić. Tak jak chłopiec, który ze skrzywioną miną podchodzi, masując sobie nogę. 

- Ona mi złamała kręgosłup.. - informuje, nie przestając masować kończynki.

Kręgosłup to jeszcze nic. Najgorsze są rany na paluszkach. Wie o tym trzyletnia Ania, która wpatrując się w palec, siada na materacu bardzo smutna, a na pytanie :

- Ojejciu, a co się stało, robaczku?, 
wyciąga palec przed moje oczy, odpowiadając :
- No patrz.. ziazix...

Wczorajszy dzień sponsorowała Roksana, przebywająca na placu 5 godzin. Specjalne wyróżnienie dla jej mamy, która zostawiając u nas córeczkę, zwraca się do niej :

- Roksanko, gwiazdeczko moja, mamusia zaraz po ciebie przyjdzie, dobrze? Za parę minutek, tylko wyjdzie na papieroska...

To musiał być duży papierosek, Roksaneczko, gwiazdeczko ty moja. A może pani nie umiała odpalić.

Roksi oczywiście przywitała się ze mną, zasypując mnie komplementami na samym wejściu :

- Mmmmmmmmmm! Pachniesz piwem !!! A mi.. ale mi śmierdzą zęby !!!! I pierdłam ! A raz tak bekłam, że było słychać w całej kuchni, aż ludzie w oknach się zebrali na patrzenie !! 

Oooo. Same smakowitości. Mów mi jeszcze, a na pewno uda mi się zwrócić sernik z pierwszej komunii świętej.

Nie tylko ja zasłużyłam na komplementy, ale także czteroletni Maciuś, do którego dziewczynka krzyknęła na powitanie :

- Mele bele, ZŁOMIE !!!

Roksana jak to Roksana, szybko znudziła się zabawą i zażądała kartki do rysowania. Spełniłam jej zachciankę, ale straciłam cierpliwość, kiedy dziewczynka usiadła na biurku, uznając, że tu właśnie chce oddać się rysowaniu. Tłumaczyłam jej, że to nie jest miejsce do siedzenia, ale nie docierało. Stwierdziłam więc, że zabiorę jej kartkę i oddam, kiedy posłucha mojej prośby. Tak też uczyniłam, co okropnie małą rozwścieczyło. Gwałtownie wyrwała mi kartkę i z miną zirytowanej emerytki, krzyknęła :

- Zabieram tą pierdoloną kartkę do domu i gówno mnie to obchodzi !!!

Powiedziałam złośnicy, że przekażę mamie, jak pięknie się wyraża, co od razu zmazało uśmiech z jej twarzy, ale chcąc pójść na kompromis, zaproponowałam, że nie zrobię tego, jeśli obieca mi, że będzie bawić się grzecznie i nie będzie używać wulgaryzmów.

- Roksana, obietnica to obietnica, użyłaś dziś dwóch brzydkich słów i limit się wyczerpał, teraz proszę o spokój.
- Ale dwa to bardzo mało !!!
- O dwa za dużo.
Roksana widocznie posiadała większą wiedzę w kwestii mało i dużo, bo bardzo rozemocjonowana, oznajmiła :
- Czy ty w ogóle wiesz coś? Wiesz ile to jest dużo? 50 albo 30.

Karolina nic nie wie... Karolina się nie nauczyła...

Niestety, tak jak się spodziewałam, dziewczynka obietnicy nie dotrzymała. 
Ucieszyłam się, gdy na plac przyszedł chłopiec imieniem Oliwier, bo złudnie wierzyłam, że Roksana zaprosi go do wspólnej zabawy. Chłopczyk na wstępie jednak został z góry skreślony. Kiedy ten rozbierał kurtkę i buty, mała przyglądała mu się z założonymi rękami i po chwili stwierdziła :

- Ale on jest głupi.
Podjęłam próbę wytłumaczenia jej, że to nieprawda, ale bezskutecznie...
- Nie, nie jest, to jest bardzo fajny chłopiec i mogłabyś się z nim pobawić.
- Co ty, on jest bardzo brzydki ..! Ma ryj jak świnia z płotem !!!

Roksana cały czas obserwowała Oliwiera, tak jakby chciała dociec do tego, dlaczego jest taki "głupi" i "brzydki". Myślałam, że w końcu przekona się do zabawy z nim, ale straciłam nadzieję, kiedy ta rycząc ze śmiechu, krzyknęła :

- On wygląda jak osioł !!!!!!!!

Ogólnie Oliwier był mało komunikatywny, ale wyglądało na to, że obelgi Roksany w ogóle go nie dotykają. Dziewczynka korzystała więc z tego w najlepsze. Znów zasiadła do rysowania, ja spoglądałam na chłopca. Zauważając, że wspina się na zjeżdżalnię po zjeżdżalni, rzekłam :

- Słonko, nie wchodź po zjeżdżalni, bo....
W tym momencie chłopiec ześlizgnął się i poleciał w dół, co sprawiło, że Roksana śmiała się jak oszalała, krzycząc :

- Ale występ !!! Wszystkie dzieci, co wchodzą po zjeżdżalni, to to jest występ !!

Po czym wkręciła sobie, że przyszła do teatru na przedstawienie, gdzie w sztuce gra chłopiec. Biegała radosna po placu, wołając :

- Zapraszam na występ !!! To jest bajka, której nigdy nie zapomnicie !

Później zaciągnęła mnie obok zjeżdżalni, gdzie znów do wspinaczki przymierzał się Oliwier. Zaproponowała mi, że będziemy patrzeć na przedstawienie siedząc na materacu. Przystałam na propozycję, bo nogi bolaly mnie okropnie. Roksana znów przyglądała się każdemu ruchowi chłopca, oczekując, że znów fiknie ze zjeżdżalni. Kiedy zaczęło się na to zanosić, mała gwałtownie wstała i wskazując jak prezenterka dwoma rękami na Oliwiera, krzyknęła :

- Proszę bardzo !!! Przed paaaaaństweeeeeem.... GÓWNO !!!!

Jak to stwierdziła kiedyś Aga : to dziecko wyrośnie na małą suczkę, ale i tak wszyscy będą ją lubić, bo jest ładna.

Doszłam do wniosku, że Roksana za bardzo sponiewierała chłopca, więc uznałam, że lepiej będzie, jak odwrócę jej uwagę od wszelakich występów i sama się z nią pobawię. Była wniebowzięta, kiedy zgodziłam się zjeżdżać z nią ze zjeżdżalni, a ja czułam się trochę, jakby była to moja dobra kumpela i kiedy przygotowywałyśmy się do kolejnego zjazdu, wyrwało mi się :

- Ała, kurde !!!!! Roksana, siedzisz mi na klacie !!!!!!

Ta aż trząsła się od śmiechu i nie mogłam opanować jej ataku.

Później postanowiłam odpocząć od zabawy i usiadłam przy biurku. Roksana jednak była nieugięta, co chwilę marudziła, żebym dalej się z nią bawiła. 

- Roksanka, ale ja już nie mam siły. Jestem chora, daj mi chwilę odpocząć.
- A chora !!!!! Baw się ze mną, bo powiem mamie, że pachniesz wódką !!!
- ?!?!?!?!
- No bawmy się, bo będę ci pokazywać dupę !!!

To się nazywa dar przekonywania. Dupa zawsze czyni cuda.

Bawiłyśmy się więc dalej, siedząc na dużych piłkach i udając, że nie możemy z nich spaść, bo na dole jest ogień. Musialam jednak przerwać zabawę, gdyż ujrzałam, że przyszła jakaś nowa dziewczynka. Mówię więc do Roksi :

- Czekaj chwilkę, bo przyszła dziewczynka.
Na co Roksana, bardzo niezadowolona, odparła :
- No nieeee.. i pewnie będzie tu srała..
 
No wiadomo. Po cóż innego miałaby tu przyjść? Bawić się? No co ty. To jest plac do srania.

Dwie godziny po przyjściu Roksany, odwiedziła ją niania, która miała dodatkowo jej pilnować. Dziewczynka bawiła się w najlepsze, więc uznała, że poinformuje opiekunkę o swoich planach :

- Ja tu zostanę jeszcze pięć godzin !!!
Niania pokręciła zirytowana głową, odpowiadając :
- Nawet mnie nie dobijaj...
Roksana pokazując dziewczynie język, rzuciła w biegu :
- Jaja to masz ty !!!!!!!!

Po czym, zwracając się w moim kierunku, oznajmiła dumna z miną cwaniaka :

- Ale ja ją traktuję, nie?

Aga ma rację- Roksi jak na swój wiek (i pomijając jej wulgarne wybryki), zdaje się być inteligentniejsza i bardziej bystra niż dzieci w jej wieku. W dodatku bardzo ładnie śpiewa, co zaprezentowała mi przed nowym rokiem, kiedy to zajęta rysowaniem, zanuciła pod nosem, do melodii "Bóg się rodzi, moc truchleje" :

- ŁEŁEŁEŁE, BÓÓÓG SIĘ ROOODZI, PAN JEZUSEK SIĘ ROZCHOOODZI !

Co jak co, ale nie tylko Pan Jezusek się rozchodzi, ale ja również..
Tak więc, zakładam na głowę beret pełen porycia i wskakuję do łóżka, gdzie być może znów odwiedzi mnie sen o tym, że niechcący spuściłam dziecko w kiblu. 
A Wy... pamiętajcie o złotej zasadzie : bawcie się. Bo nigdy nie wiecie, kto dziś pokaże Wam dupę...

skomentuj (46)

jestem troszkę mało niechora 2008-12-28 02:34:33

ja 23:48:05
kurde dzis jak zaspalam do pracy
ja 23:48:14
to nie zdazylam biglow przelozyc do kolczykow od Twojej siostry
ja 23:48:17
poszlam w niklowanych
ja 23:48:21
i mam uczulenie na twarzy
on 23:48:48
:D to po co zakładałas w ogole :)
ja 23:49:02
bo sa ladne i mi pasowaly do botow
ja23:49:07
kurwa.. butow ;d nie mam muzgu
ja23:49:11
BOZE
ja 23:49:14
mozgu ;d;d;d;d
on 23:49:48
:D
on 23:50:18
pograzasz sie :D
ja 23:50:24
i nie bilgow tylko bigli....

.. chyba.

I teraz już rozumiem. Notka nie ma prawa powstać, jeśli w moim mUzgu nie nastąpiło dostateczne porycie. Święta sprzyjają odpoczynkowi, a w takim stanie człowiek odbiera świat inaczej, zwyczajnie po prostu. Święta.. nawet nie życzyłam Wam Wesołych Świąt. Ale wierzcie mi na słowo- zamierzałam! ;) Czuję, że rozumiem doskonale chłopca, który dziś wychodząc z placu, bardzo chciał złożyć nam życzenia świąteczne, jednak w ciągu sekundy zdał sobie sprawę, że to trochę.. przeterminowane.. ale wybrnął z sytuacji w bardzo poradny sposób, życząc nam :

- Wesołych...... poświąt...

Pierwszy dzień w pracy po świętach jest jak obudzenie się z pięknego snu brodząc po szyję w szambie. Spodziewałam się szamba po kostki, po kolana, ale moja wyobraźnia nie sięgnęła tak głęboko. Nie przewidziała, że przyjdzie mi się zmagać z rodzicami, którzy ubrali dziecko w złe buty ("bo tamten bucik był taki jak ten, ale nasz był pogryziony przez pieska, a ten nie jest..") i mają pretensje do nas ("panie tu powinny tego pilnować!" - sorry man, ale ja dzieci pilnuję, a ich buty to ja "mam w dupie" [przyp. Roksana]). Ale wszystko to, nawet ręce telepiące się z nerwów, rekompensuje radość, jaką przynosi kontakt z dzieckiem, nawet jeśli kończy się on zabawą w więzienie/zbiorowym leżeniem na pani cioci wiewiórce/zaglądaniem pani cioci wiewiórce pod bluzkę/bezlitosnym szarpaniem za włosy. 
Dziś w ogóle był jakiś nerwowy dzień. Dzieci były bezwzględne i tak niesamowicie kreatywne w wyzywaniu się nawzajem. 
Pracowałam dziś z Agnieszką; przychodzi do nas Oliwier, siada na ławeczce obok i żali się :

- On powiedział do mnie "śledzie"...

Zaśmiałam się, próbując zakamuflować tym samym swoją bezradność. Wpadłam oczywiście na bezsensowne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji, które nie potrafiło przekonać nawet pięcioletniego chłopca :

- Może.. może on po prostu ma ochotę na śledzie i źle go zrozumiałeś..?

Chłopiec spojrzał na mnie i bez namysłu odrzekł :

- Nie.

I powiedział to w taki sposób, że nie miałam wątpliwości - jego "nie" brzmiało jak "no chyba cię pojebało?".

Oliwier był nieco nadpobudliwy i po pewnym czasie nieznośny wręcz. Nie docierały do niego ostrzeżenia pt. "jeszcze raz tak zrobisz i dzwonię po rodziców". Agnieszka w ramach kary posadziła go na ławce, tłumacząc, że dopóki się nie uspokoi, nie będzie mógł bawić się dalej.
Chłopiec siedział dłuższą chwilę i w końcu niespokojnie zapytał :

- Proszę pani, uspokoiłem się już...?

Moja odpowiedź była poziomem bardzo zbliżona do pytania ("Nie, jesteś jeszcze bardzo nieuspokojony").

Nie jestem pewna, ale to chyba właśnie Oliwier był autorem kolejnej złotej myśli. Wybiega zirytowany z placu, skarżąc się z bardzo niezadowoloną miną :

- On mnie przedrzeźnia i mówi na mnie "gówno" ! ! !

Jakoś nie wyobrażam sobie tej scenki. Ale wierzę na słowo. Jednak chłopiec, który był rzekomo winny temu występkowi, zbulwersowany krzyknął zza siatki :

- KŁAMCA !!!!!

Kolejne wulgaryzmy zarejestrowałam pod koniec dnia, wyczerpana do granic niemożliwości i chyba rozumiem te dzieciaki, że czasem puszczają im nerwy. Zazdroszczę im, że mogą tak bezkarnie wyrażać swoje emocje i w dodatku brzmi to tak słodko i niewinnie.

- Proszę pani, ten chłopak w czarnej koszulce powiedział "spierdalaj" !

Musisz się przyzwyczaić. Dorosłe życie w dużej mierze opiera się na tym słowie.

Serce zapłonęło mi żywym ogniem radości, kiedy ujrzałam na placu Kubusia. Tego od Jacentego Mrówki. Booguuusiu, wyprzytulał mnie, wycałował, a potem skrzywił psychicznie. Te jego historie o panu na lowodisku [lodowisku- przyp. redakcja], co rozbił sobie głowę i przyjechała karetka łiłułiłuuuu. Kiedy już aż spocił się od gadania, usiadł i zaczął rysować wóz strażacki. Z jego zwierzeń dowiedziałam się, że chce zostać strażakiem. Oraz policjantem. Strażakiem - rozuuumiem, każdy chłopiec chciał kiedyś zostać strażakiem. Ja też chciałam. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego. Ten pot sciekający z przyjaranej klaty naprawdę robi klimat. Zaciekawiło mnie bardziej, skąd marzenia chłopca o zawodzie policjanta. Dla Kuby odpowiedź była jak najbardziej oczywista :

- Chciałbym gonić złodziejów, mordercy.. Takich, którzy są źli... I są pijani. Jak pani.

Alleee... allll...ee.. ooososichoziiii...

Kuba to diabełek w aureoli, z czasem nawet i on zaczął dokazywać, biegał po placu jak oszalały, ale w przeciwieństwie do niektórych dzieci, znał umiar i wiedział, kiedy przestać. Ostrzegałam go, że jeśli nie będzie grzeczny, to powiem wszystko rodzicom. Nie działało. Nie działało też ostrzeżenie, że jeśli nie będzie grzeczny, to już więcej nie wpuszczę go na plac. Ale zdecydowanie dotknęło go, kiedy w akcie desperacji, rzekłam :

- Dobra Kuba, w takim razie zabieram cię do siebie do domu i będziesz mieszkał ze mną do końca życia.

Ten chwycił się za głowę i podczas jego ucieczki na samą górę placu, słyszałam tylko donośne: 

- nnnniiiiIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !!!!!!!!!!!!

To ten sam Kuba, który parę minut wcześniej wieszał mi się na szyi, mówiąc :

- Ty jesteś moja!

Doceniam jego wyraz oddania, ale Agnieszka musiała być bardziej zadowolona, kiedy usłyszała dzisiaj od jednego chłopca, że kiedy ten dorośnie, Ona zajdzie z nim w ciążę. 

Zapomniałam dodać, że Kuba w odwecie, kiedy już ucichło jego "nnnniiiiIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !!!!!!!!!!!!", zagroził mi :

- A ciebie dam do więzienia ! Na balkon !!!!

Co jak co, ale nie można zarzucić mu, że jest nieprawdomówny. Bo jak obiecał, tak uczynił, zaciągając mnie do pomieszczenia z małą zjeżdżalnią i rzucił się na mnie, co sprawiło, że po chwili leżałam już na materacu, przykryta jego ciężarem. Męka zaczęła się, kiedy postanowił ciągnąć mnie za korale, które miałam na szyi. Tłumaczyłam mu, że nie wolno tak robić, bo bardzo je lubię i nie chciałabym, by się zerwały. Na chłopcu nie zrobiło to niestety większego wrażenia :

- A ja bym chciał, chciałbym ci je zepsuć, żebyś je musiała odkupić za miliard euro od pani wodnej bomby. Wtedy powiedziałbym : "dzień dobry panie grzeczny".

I naprawdę czuję się usprawiedliwiona, że po takim distroju psychicznym, wsiadam po pracy w tramwaj i wystawiając do góry pięść z plastikowym pierścionkiem Troskliwego Misia, mówię do obcych ludzi : "siła serc! kto się cofa w rozwoju, ręka do góry!". I dopiero po kilku sekundach dochodzi do mnie, że to się dzieje naprawdę i że to naprawdę wypadło z moich ust.

Ale na czym to ja skończyłam? Kuba. Przebywał na placu późnym wieczorem. Razem z nim była jeszcze Nikola- śliczna córeczka białej kobiety i czarnoskórego mężczyzny. Po dziewczynkę przyszedł tata. Kuba był niezmiernie zaciekawiony jego karnacją i podchodząc do mnie z uśmiechem od ucha do ucha, pyta głośno :

- A czemu ten pan jest brązowyyyy ???
Czuję palące zakłopotanie na twarzy i mówię do Kuby szeptem :
- Kubuś, ten pan jest z innego yyy państwa.
- A z jakiego ? Z FILHARMONII ?
Śmieję się, tłumacząc, że nie ma takiego państwa... Chłopiec nie poprzestaje na dwóch pytaniach :
- A czemu ten pan ma czarne usta ???
Biorę chłopca na ręce i mówię do ucha :
- Nie mów tak, bo temu panu będzie przykro. 
"Odkładam" Jakuba na ziemię, naiwnie mając nadzieję, że dotarły do niego moje tłumaczenia. Ten znów zerka na mężczyznę i wesoło podskakując, śpiewa :
- Murzynek Bambooo w Afryce mieszkaaaa.....

To po prostu zbieg okoliczności, że akurat w tym momencie przypomniał sobie ten wierszyk. Prawda..? Mam rację, prawda..? Nie.....?

Uwaga. Ta notka dopiero się rozkręca. Przepraszam.

Znalazłam jeszcze kartkę z zapiskami przedświątecznymi. Przepraszam.

Wiecie, w wigilijny wieczór, kiedy patrzyłam za okno, nie widziałam śniegu. Chociaż padał. To za sprawą czteroletniej Gosi, która pewnego dnia siedziała na krzesełku, patrząc zahipnotyzowana za drzwi hipermarketu i z jej ust wydobyły się słowa :

- Ale pięknie śmierć pada....

Czysta poezja, my sweet 666.

Dziewczynka ma dobre rozeznanie w pogodzie, na bieżąco komentowała jej stan, gdyż parę minut przed padaniem śmierci, twierdziła :

- Ale dzisiaj deszczowo na ament...

Zanim dowiedziałam się, że ma na imię Małgosia, zwracałam się do niej bezosobowo, ale kiedy wdałam się z nią w dłuższy dialog, uznałam, że warto znać imię mojej rozmówczyni. Pytam zatem :

- A jak ty masz na imię, hm?
Przyzwyczaiłam się do krótkich odpowiedzi na pytania tego typu. No ja nie wiem, Ania, Basia.. hmm, Damaris?
- Małgosia... albo Gosia.. albo Gośka.. ale nie Gąska! Bo taki jeden chłopak powiedział ma mnie "Gąska", a Gąska to ktoś, kto pływa w stawie, a ja nie mam takich specjalnych nóżek, żeby pływać... - powiedziała lekko zasmucona

Rozumiem. Nie chciałam trafić w Twój najczulszy punkt. Kiedyś wyrosną ci takie specjalne nóżki, na pewno. Musisz w to uwierzyć. Wiara to siła! Bądź silna jak wiater! Dajcie mi W, dajcie mi I, dajcie mi A, dajcie mi T, dajce mi E, dajcie mi R, dajcie mi W-I-A-T-E-R.. dajcie mi www.żal.pl !

Gosia koniecznie chciała usiąść na małym krzesełku, ale ponieważ siedziała na nim inna dziewczynka, zaproponowałam jej, że posadzę ją na większym. Zaczęłam wymyślać do tego wielką ideologię :

- Widzisz, to jest takie duże krzesełko, dla dużych dziewczynek, jesteś teraz ważna i duża jak pan prezydent [mówiłam już coś o moich supertrafnych porównaniach? no właśnie...]
Małgosia zawiesiła się trochę w rozmyślaniu nad moimi durnymi wymysłami i po chwili mówi cichutko :

- Ale tak naprawdę ja jestem malutka... taka.. malutka prezydentka...

Dziewczynka wydawała się być niezadowolona z faktu swojej małości, postanowiłam więc podnieść ją na duchu, mówiąc, że ja też jestem malutka, niewiele większa od niej. Gosia odparła :

- A od ciebie to mniejsza jest tylko pogoda. I ciocia Zośka, ale ona jest ogromna jak kula śniegowa.

Co za okrutny diss przykryty płachtą uprzejmości. Co ona miała na myśli? Kochane Bravo, czy ja jestem gruba? Czekam na odpowiedź, Karolina 20 lat.

A skoro już o grubości - na placu pojawił się czteroletni Michałek, był tutaj ponoć pierwszy raz i nie bardzo wiedział, jak się zabrać do zabawy. Zjechał ze zjeżdżalni, ale nie mógł znaleźć wyjścia z pomieszczenia. Wskazałam mu na dziurę w siatce i wyjaśniłam, że musi przez nią przejść. Chłopczyk próbował przecisnąć się przez małą lukę, ja w tym czasie robiłam sobie kawę, kiedy usłyszałam cichy płacz chłopca. Odnalazłam go wzrokiem- siedział koło zjeżdżalni patrząc na dziurę w siatce. 

- Dlaczego płaczesz? Nie umiesz tędy wyjść, kochanie? - zapytałam
Po chwili dowiedziałam się o jego problemie.
- Ja chyba jestem za gruby......

.. Oj to będziesz musiał wyciąć sobie żebra, które prześwitują ci przez koszulkę, jestem pewna, że to one stanowią problem.

Jednak moim absolutnym faworytem jest sytuacja, która miała miejsce jednego dnia, gdy pracowałam z Agą. Ogarnęła nas jakaś straszna melancholia, pełne zawieszenie systemu operacyjnego mózgu. Zdawało się, że nic w życiu nie może nas już zaskoczyć. 
Do czasu aż nasze umysły, dusze, serca i ciała wypełniło zdanie wypowiedziane z ust pięcioletniego Samuela. Teraz wiem: tak smakuje koniec świata....

- Proszę pani... chyba znalazłem kupę...

Momentalnie nasze oczy rozszerzyły się do nieco większych rozmiarów niczym morze, które rozstąpiło się przed Mojżeszem i nie mogąc uwierzyć w realność słów chłopca, zapytałyśmy :

- Cc... co znalazłeś ?!!!!
- Kupę... dobrze zrobiłem ???

Zależy o co pytasz- o to, czy dobrze zrobiłeś, znajdując ją, czy dobrze zrobiłeś, robiąc ją.

Samuel zaprowadził nas koło zjeżdżalni, gdzie faktycznie leżało parę czegoś na kształt kupy. Momentalnie mój perfekcyjny mejkap zmieszał się z oceanem łez.. Aga próbowała chwytać się wiary w to, że może wzrok nas myli.. Że może to suszone śliwki... Albo szyszki ? 
Czy to kupa czy nie kupa? Czy January ma rację, a Dusia blefuje? Tego nie wie nikt, nawet Pan Boguś, ale w każdym razie zostało sprzątnięte, jednak odebrało Adze apetyt na wigilijną kolację. Podejrzewam, że odebrało go także ludziom, którzy siedzieli przy stoliku zaraz przy placu i zajadali się w najlepsze w klimacie naszych negocjacji na temat jestestwa odkrycia Samuela.

W tym samym klimacie pozostawiam Was, moje drogie porycioszki i - jak to rzekł dzisiaj Kubuś - :

- Ta dziewczynka powiedziała : "idę spać, nie chce mi się dłużej stać" !

Zatem przyłączam się do dziewczynki i razem z Kubą "idę ratować ludzi ze sklepu".. 

Siła serc ! ! ! ! 


skomentuj (37)

czy jak ci tam... 2008-12-19 03:29:31

ja 1:46:50
a moze bym se notke pierdolnela <mysli>

Jak elokwentnie pomyślała, tak czyni.

Nareszcie jestem tą panią ciocią wiewiórką, którą znam. Otoczoną bajzlem, w bardzo starej piżamie bądź pidżamie, zawalona stosem rysunków "dinozarłów" i "koników z kwiatkowymi skrzydłami" i jeszcze większym stosem bardzo niedbale zapisanych dialogów. 

Umarłam miliard pięćset sto dziewięćset razy, kiedy czytałam w komentarzach opowieści moich Współpracowniczek. Żałuję, że nie słyszałam po raz setny Roksany, kiedy opowiada o dupie pierdolonej. Ale miałam porównywalny ubaw, kiedy z pluszowym kotkiem tańczyła wokół taty i nuciła: "kotek, koteeek pierdolonyyy". A pan stwierdził, że "pewnie to pani Karolinka nauczyła cię takich słów". Ależ tak. Przyznaję się do opowiadania Roksi o jedzeniu kupy, ale w porównaniu do dziewczynki, nie jestem na tyle kreatywna, by spłodzić w głowie kotka pierdolonego. Przepraszam. Taka głupia ta pani Karolinka, za grosz wyobraźni...

Roksana ostatnio potraktowała z buta moją psychikę. "Ostatnio" to niezbyt trafne słowo, gdyż jak wiadomo "ostatnio" w jej przypadku oznacza bardziej "jak zawsze". 
Jednak nie wiedzieć czemu, serce skacze mi z radości, kiedy ją widzę; może dlatego, że działa na mnie lepiej niż kawa i mogę na tym zaoszczędzić. No nie wiem.
W każdym razie tuż po jej przyjściu odczułam, że jest łagodniejsza niż zawsze, więc i ja byłam łagodniejsza niż zawsze, nawiązałam z nią cudowną więź, jak przypuszczałam. Dopytywałam się, co u niej słychać, jak tam w przedszkolu, itd. Dziewczynka brnęła w rozmowę bez wulgaryzmów i byłam z niej naprawdę dumna. Kiedy widziałam, że zajęła się sobą, rozpoczęłam tzw. "make up time" ;), wyjęłam z torebki mój nowy błyszczyk i zachwycałam się nad jego słodkim smakiem i zapachem. Roksi podeszła do mnie zaciekawiona. Zwróciłam się do niej :

- Zobacz Roksi, a ja mam nowy błyyy-szczyyyk ! Zobacz jak pięknie pachnie!- powiedziałam podstawiając jej pod nos tubkę. 
Dziewczynka bez przekonania i dosyć nieufnie powąchała kosmetyk, po czym skrzywiła się w ten swój charakterystyczny sposób i krzyknęła :
- Ale gówno !!!
Roześmiałam się i odpowiedziałam :
- Aaa Roksana.. nie znasz się...
Ta przedrzeźniając mnie, odparła :
- Nie znasz się, nie znasz się ... ! Ten, kto się nie zna, ten dupy nie ma.. !

Ooooj, ktoś tu nie ma dupy i to nie jestem ja ;)

Przedwczoraj natomiast przyszła nasza kochana Maja "Tyranozaur", więc byłyśmy z Agą wniebowzięte. Boguuusiu, ile radości sprawiała nam zabawa z nią, chyba byłyśmy tym bardziej podekscytowane niż ona sama. Dziewczynka szybko zauważyła, że "panie tutaj nie pracują, tylko się bawią".. No tak. Żadna inna praca nie przewiduje wypłat za zjeżdżanie po zjeżdżalni i skakaniu na gumowych piłkach. Bystra dziołcha z ciebie.
Tego dziecka nie da się nie uwielbiać. Już przy samym wejściu dziewczynki słaniałam się ze śmiechu. 

Zauważam, że Maja ma nowe buty, więc postanawiam ten fakt skomentować :
- Ooooo Maju, jakie masz ładne buciki...
Mała prezentując swoje niekompletne uzębienie, rzecze :
- Chce pani powąchać od środka ?????
Zanim zdążyłam powiedzieć : "no.. niekoniecznie", już siedziałam bezbronnie na podłodze z twarzą wetkniętą w jej obuwie. Nie chcąc robić jej przykrości zaciągnęłam się jego zapachem. Poczułam ulgę wypuszczając powietrze, bo buty naprawdę były bardzo nowe i tylko taki zapach zarejestrował mój nos.
- Occhhhh, jak pięknie pachną! Jak kwiaty! - powiedziałam ze śmiechem
Maja jak zwykle okazała się większym znawcą zapachów.
- Koniem pachną !

Jakie ja mam biedne życie. Nigdy, ale to nigdy nie wąchałam konia. A miałam tyle okazji.. czuję, że tyle ważnych chwil przeleciało mi przez palce.

Później wciągnęła mnie rozmowa z Agą i pochłonęło mnie narzekanie na pogodę, na to, że zimno, że ciemno, że szaro. Moja kochana współpracowniczka wpadła na pomysł, że kiedy przyjdzie wiosna, będziemy sobie robić wycieczki rowerowe.. z radością wykrzyczałam "TAAAAAK!!!", po chwili przypominając sobie, że przecież nie mam roweru... Na pomoc przybiegła mi Maja, krzycząc zza siatki :

- Ale ja mam rower! Rower z meteorytami !!!

Dzięki Bogu, że z meteorytami, na innym jeździć nie będę.

Przed przyjściem Majki, dzieci nie bardzo wiedziały, jak mają zorganizować sobie zabawę. Mnie również udzielił się ten nastrój, więc zaczytałam się w gazecie, kiedy nagle tę czynność przerwał dialog :

- Bawimy się w kota? - pyta jeden z chłopców.
Po chwili namysłu, reszta chórkiem odpowiada :
- Eee nieee...
- A w lody cynamonowe? - proponuje któraś z dziewczynek
- Niieeee... - znów stwierdzają zgodnie
- A w coś ???
W ciągu mikrosekundy, dzieciaki solidarnie odpowiadają z entuazjazmem :
- TAAAAK !

Ponoć najprostsze rozwiązania są najlepsze...

Po pewnym czasie zabawy w .. coś, przychodzi do mnie mały Czaruś i z głową spuszczoną w dół, mówi naburmuszony :

- A proszę pani.. on powiedział do mnie "dziad"...

Coś ci doradzę : w takich sytuacjach należy wmówić sobie, że usłyszałeś coś zupełnie innego. 
Na przykład, kiedy Roksi mówi : "ty śmierdzielu", udaję, że słyszę : "wielbię panią ponad wszystko".
Ale to i tak nie działa. Więc moja rada to : musisz z tym żyć :)

Bo od życia nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie. Wie o tym Andżelika (5 lat), która przy zakładaniu butów do wyjścia, mówi rozmarzona do rodziców :

- Mamo, ja chcę lodaaaa...
Wyraz twarzy rodzicielki nie wskazywał na zadowolenie, natomiast tata okazał się mieć podobne potrzeby jak córka, kiedy równie rozmarzonym tonem, rzekł pod nosem :
- Ja też...

Zapomniałam wspomnieć o malutkiej wpadce, jaka zdarzyła mi się podczas opisywanej ostatnio wizycie Svena i Krzysia na placu. Otóż, kiedy tata Svena zostawiał go u nas, poprosiłam go o podanie numeru telefonu, co czynimy zawsze ma wypadek, gdyby dziecko chciało na przykład wyjść do toalety. Tata po podaniu numeru, oznajmił :
- Jeśli odbierze sekretarka, proszę poprosić o połączenie z Prezydentem - rzekł niezmiernie rozbawiony swoim żartem (trochę suchym niestety ;))
Po pewnym czasie przychodzi do mnie jeden z chłopców i prosi o wykonanie telefonu do taty, gdyż zachciało mu się pić. Dzwonię więc wedle prośby i kiedy odbiera ojciec, mówię :
- Dzień dobry, dzwonię z placu, czy dodzwoniłam się do pana Prezydenta? - pytam radosnym tonem, okropnie zadowolona z siebie.
W słuchawce słyszę jednak głuchą ciszę. Po chwili męski głos mówi :
- SŁUCHAM???!
Uznaję, że tata nie usłyszał pytania, więc powtarzam :
- Czy to pan Prezydent? Dzwonię z placu zabaw, ponieważ Krzyś prosi o coś do picia - mówię ponownie jeszcze bardziej zadowolona z siebie. Moje zadowolenie mija wraz z uświadomieniem sobie, że to nie tata Krzysia, ale Svena mianowiał się Prezydentem...
I jak tu się potem wytłumaczyć...? "Sorki, ale nie mam mózgu po 10 godzinach pracy"?
Podobnie sprawa ma się, kiedy zamiast powiedzieć "dzień dobry, dzwonię z placu zabaw, ponieważ Jaś chce iść do toalety", mówię : "dzień dobry, dzwonię z toalety, ponieważ Jaś chce iść na plac zabaw". 
Ała. Niech mnie ktoś naprawi...

No ale wróćmy do rzeczy i przeteleportujmy się do środka placu, gdzie bawi się gromadka chłopców.
Wszystko jest pięknie ładnie, póki nie słyszę Jasia :
- Proszę pani, bo on mnie uderzył !!!!
Pani ciocia wiewiórka wkracza do akcji, przenosi się na miejsce zdarzenia i staje przed chłopcami z miną "zaraz tu zrobię porządek". Aga ostrzega chłopców, że pani Karolina zaraz wszystkich wyrzuci za świat, ja przytakuję, dodając :
- Macie się grzecznie bawić, bo inaczej wszyscy stąd wylecicie. Jesteście kolegami i macie żyć w zgodzie jak...
No nie mogłam znaleźć odpowiedniego przykładu. Jak Aga stwierdziła później, nie jestem w tym dobra. Po namyśle, dokańczam :
- Jak mąż z żoną..... jak pies z kotem...
Odzywa się Jaś- i nie wiem, czy jest mistrzem ironi, czy może w porównaniach jest równie świetny jak ja, ale mówi pod nosem :
- Jak dziecko starej baby...

Jaś był genialny z tą swoją starą babą. Kiedy miał już wychodzić, tata poprosił go, żeby znalazł w szafce swoje buty. Chłopiec rozpoczął poszukiwania. Nagle odchodzi energicznie od szafki, patrzy na tatę i ze wzrokiem pełnym jakiejś chorej fascynacji, mówi :

- W starym papciu siedzi babcia.

Po czym znów zaczyna szukać butów...

Agnieszka widząc, że nie idzie mu to najlepiej, sięga do szafki i wyciągając dwa różne buty, pyta chłopca :
- Które- brązowe czy niebieskie ?
Chłopcu chyba wydawało się, że to coś na kształt sklepu. Znów odbiega od szafki i patrząc na ojca, pyta :
- Tato, mogę niebieskie ????

Do wyboru do koloru, ale nie przystał na propozycję moich balerinek z kokardkami..

Przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja.
Ostatnio Roksana prawie przez 2 godziny bawiła się z jedną dziewczynką. I o dziwo nie kłóciły się wcale, bardzo zgadzały się ze sobą co do wszystkich zabaw, nawiązało się coś na kształt dziewczęcej przyjaźni. Niestety dziewczynka opuściła plac wcześniej niż Roksi. Po ubraniu kurtki opuściła plac. Roksana krzyczy do niej, kiedy ta już odchodzi:
- To cześć Klaudia !!!!! Pa Klaudia !!!!
Dziewczynka idąca z mamą za rękę, przystaje, stoi w bezruchu i milczeniu parę dobrych sekund, następnie krzyczy rozżalona :
- ROKSANAAAA !!! JA NIE MAM NA IMIĘ KLAUDIA !! JA JESTEM MAJA !!! - po czym bardzo pretensjonalnie krzyżuje ręce i oddala się obrażona.
Roksana obserwuje dziewczynkę bez emocji, po czym macha ręką lekceważąco i mówi pod nosem :
- Klaudia.. Maja.. dupa.. czy jak ci tam...

Wykorzystała i porzuciła. W dupie ma dwie godziny z Klaudią.. Mają.. czy jak jej tam.

Ostatniej sytuacji nie potrafię w żaden sposób skomentować. Ani teraz, ani wtedy, kiedy miała ona miejsce. To było jak sen, z którego przebudziłam się płacząc ze śmiechu.

Przybiega do mnie Jaś, strasznie zirytowany i nie wiedzący, co ze sobą zrobić. Mały, nieporadny skarżypyta, który sam nie wie, o co mu chodzi :

- Proszę pani.. oni mi się nie pozwalają ze mną bawić..

Oj.. ojej.. no więc.. więc.. hm....... 

Dobranoc :)

skomentuj (43)

- Siusiu mi się chce !! - A jak masz na imię ? - SIUSIU! 2008-12-15 00:41:19

Jesteś turystą?
Mam złe wieści: nie cieszysz się zbyt dużym szacunkiem wśród dzieci.
Nie mają o Tobie zbyt dobrego zdania.
Mówiąc krótko : gardzą Tobą ;)
Gardzi Tobą Julka, która bardzo dobrze wie, jak wygląda zabawa w turystów. A jak wygląda?

- Turyści rzucają w turystów kamieniami, a potem turyści idą do domu i piją herbatę.

Ojej. Obawiam się, że niekoniecznie wiedziałam o tym wyjeżdżając na wakacje.

Rzadko bywam w pracy w weekendy, dziś jednak miałam tę wątpliwą przyjemność. Wątpliwą, bo w niedzielne popołudnie można jedynie w bardzo odważnych marzeniach umiejscowić taką sielankę jak w ciągu tygodnia. Powiedziałabym nawet, że wiem o hardkorze więcej niż hardkorowcy. 
W pracy nie dopisywał mi dobry humor, ale słowa dzieci są jak ciepłe skarpetki po zdjęciu przemokniętych butów. 
I może maluchy nie mają dobrego zdania o turystach, ale za to miewają skłonności do wielbienia samych siebie. I wcale tego nie ukrywają.
Udowadnia to Krzyś przebywający u nas pod koniec dnia. Biegając po placu, krzyczy wniebogłosy :

- Uwaga ! ! ! Jestem PÓŁBOGIEM ! ! ! 

Z Krzysiem bawił się pięcioletni Sven, który chciał chyba uświadomić koledze, że potrafi drzeć się jeszcze głośniej. Chłopcy bawili się w nie-powiemy-pani-w-co, ale Sven naprawdę głośno krzyczał co parę sekund tę samą formułkę :

- Krzysieeeeek ! Wstęp wzbroniony bombą !

Do tej pory nie wiem, czy powinnam napisać "bombą" czy "bombom". Czyli nie mam pojęcia, czy chodziło o to, że wstęp wzbrania bomba, czy też może dla bomb nie ma wstępu. Nie wiem. Ja mam tylko 20 lat i tak niewiele wiem o życiu i bombach.
Po pewnym czasie jednak Krzysiowi znudziła się zabawa wymyślona przez Svena (może miał ten sam dylemat co ja?) i oznajmił chłopcu, że nie chce się już bawić. Sven zdawał się być oburzony decyzją malucha i przez chwilę próbował go namówić do dalszej zabawy. W końcu wybuchnął (jak bomba) i krzyżując ręce na piersiach, rzekł obruszony :

- Ty choinko wredno-świąteczna !!!!! Ale z ciebie ciapaciuła !!!

Obraza chłopców nie trwała długo, gdyż Krzyś został odebrany przez mamę, a Sven pozostał sam na sam ze swoja frustracją. Nudził się śmiertelnie, łaził w jedną i drugą stronę, opowiadając mi rozmaite ciekawostki. Był tak nadpobudliwy, że zrobiło mi się niedobrze od wodzenia za nim wzrokiem. Co chwilę teleportował się z jednego miejsca do drugiego jednocześnie mówiąc do mnie, a ja usiłowałam cały czas patrzeć mu w oczy. Nie krył swojej fascynacji grami komputerowymi i był nieziemsko rozbawiony, kiedy poradziłam mu, żeby nie grał zbyt długo, bo popsuje mu się wzrok. Roześmiany oświadczył, że popsuć może się telewizor a nie oczy, a jeśli już to nastąpi, to "jakiś pan naprawiacz naprawi". Wróżę Svenowi przyszłość literacką, gdyż jego słowotwórczość przebija wszystko.

- A ja grałem w takich kurczaków! Ta gra się nazywała.. yyy... no "Kontra robaków" i tam było trzeba było coś takiego, że był targ, kuchnia, kanalizacja, targ i jeszcze na dodatek kuchnia, obatorium i kamizacja i trzeba byłoooo dup dup dup robaki ! ! ! Gra jest bardzo gruba.. a tam robaki są złe, a kurcacy są dobzimi.

Noooo! I to jest to! Nie jakieś Tekkeny, CS'y czy GTA, tylko "Kontra robaków", słyszycie? Powiedzcie to swoim chłopakom. Oczywiście wiele było gier, w które ciorał Sven, kolejną ulubioną była :

- "Czerwony jajosmok" ! ! - powiedział Sven zawieszając się z otwartymi ustami przy zakładaniu butów do wyjścia.

Wcześniej jednak próbując zająć go czymś innym niż ciągłym gadaniem o grach, wskazałam palcem na pizzę, którą zostawił na przechowanie jego tata i spytałam, czy lubi jeść takie rzeczy. Sven podszedł do pudełka, otworzył je i zaczął z błyszczącymi oczami przyglądać się pizzy. Widząc, że chłopiec pożera ją wzrokiem, ostrzegam go :

- Wiesz Sven, że nie możesz jeść na placu. Zjesz, jak skończysz się bawić.
- Ale ja ją tylko oglądam, czy wszystko jest w porządku. - odpowiedział znów kierując wzrok na otwarte pudełko.

Rozglądam się dookoła, by zorientować się, czy jakiś maluch jeszcze dziś odwiedzi plac, a kiedy odwracam się w stronę Svena, dostrzegam, że jego szczęka intensywnie pracuje, a z ust zwisa mu kawałek sera. Krzyżuję ręce na piersiach tak jak chłopiec zrobił to wcześniej i mówię :

- Mówiłeś, że tylko oglądasz....
Przyłapany na gorącym uczynku chłopiec uśmiecha się zawstydzony i odpowiada :
- Ale ja ją tylko oglądam buzią...

No dobra. Za błyskotliwość przechodzisz do następnego etapu "Mam talent".

Obawiam się, że dziś znów ktoś wyleci za świat za nieprzeczytanie notki do końca. No trudno.
Niestety znów pierwsze skrzypce grała ostatnio Roksana, której "dupa" wychodzi mi już bokiem. Ale tym razem przeszła samą siebie. Madzia nie mogła uwierzyć, że Roksana używa takich słów i byłaby skłonna pomyśleć, że wszystko na blogu koloryzuję ;).. dopóki na własne uszy nie usłyszała jej słodkiego klnięcia. 
Teraz tak : wyobraźcie sobie pięcioletnią śliczną dziewczynkę. Blond włosy, bielutkie ząbki, dziewczęca spódniczka i koRoRowe spinki do włosów. Na myśl przychodzą same miłe skojarzenia, prawda? Dopóki nie usłyszycie, aż z małych usteczek tego aniołka wydobywa się ryk ściągający na siebie spojrzenia wszystkich ludzi dookoła :

- PIERDOLEEEEE STAJENKEEEEEEEE KURWA PIERDOLONAAAAA ! ! ! ! 

Bogusiuuu, tak bardzo chciałabym ją wychłostać potokiem krytycznych słów, ale zaraz po zdaniu : "Roksana, bawi cię to? Bo mnie nie." wybuchłam śmiechem pełnym hipokryzji. Zwyczajnie usiadłam na krześle i cedziłam przez zęby, że dzwonię po rodziców i że miarka się przebrała. Dziewczynka trochę się ogarnęła i kamień spadł mi z serca, kiedy zapytała grzecznie, czy może się napić swojego soku. Odpowiedziałam, że może i podałam jej napój. Ta chwyciła go w ręce, ale zanim wlała go do gardła, postanowiła powąchać. Po wykonaniu tej czynności skrzywiła się kwaśno i pisknęła : 

- FUUUUUJ !!!!! Kurwa !!! To śmierdzi jak świnia !!!!!!!!!

Nagle wśród ludzi siedzących w pobliżu placu wybuchła salwa śmiechu, a ja byłam taka mała, taka bezradna, i tak bardzo rozmazał mi się tusz na oczach..
Roksana najprawdopodobniej kocha święta, nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. Sama najlepiej wyraziła swoje uwielbienie do świątecznych symboli, szczególnie stajenki. Do kolęd odnosi się z podobnym zamiłowaniem, ale wolę nie cytować zmodyfikowanej wersji kolędy "Pójdźmy wszyscy do stajenki", bo to mogłoby zniesmaczyć niektórych Czytelników.

Niektórzy wolą iść gdzie indziej niż do stajenki. Tak jak Dawid- ten Dawid, który ostatnio zarzekał się, że tak mnie kocha. Zapragnął rysować, więc dałam mu małą zieloną karteczkę i wyciagnęłam kredki, bo liczyłam, że będzie ich używał. Ten jednak okazał się minimalistą. Dał mi karteczkę, na której widniało tylko napisane długopisem : "100". Zapytałam, dlaczego napisał tę setkę na kartce. Dawid odpowiedział rozemocjonowany :

- No jak to dlaczego ?! To jest forsa !!
Następnie wyrywając mi karteczkę z ręki, oznajmił :
- Mam zielone !!! Mam forsę !! Sto dolców !!!!!! Idę na piwo !!! 

Dooo..dobrze. No to przynieś i dla mnie. Najlepiej dawkę znieczulającą.

Moją wiarę w niewinność dziecka przywróciła Maja ("Tyranozaur"), która znów nie odmówiła sobie obwąchiwania mnie i przytulania się z oddaniem. Tym razem nie pachniałam już jak spaghetti. Tym razem : "pani pachnie jak polne kwiaty !". Poza tym dziewczynka znów - jak sama to nazywa - "figlusiowała". Po swoim figlusiowaniu, przybiega do mnie zziajana i chowa się za moimi plecami. Rozumiem klimat, więc pytam udając zaniepokojoną : 

- Co się stało ?! Potwór cię gonił ???
Dziewczynka nie przestając dyszeć, odpowiada, tuląc się do moich pleców:
- Nie..... coś gorszego.... Dziewczyna !!!

A ja myślałam, że tylko CHŁOPACY tak uważają.. oj, Maja, nie rób mi tego.. samobója se strzelasz.

Maja to naprawdę kochane dziecko. Chociaż momentalnie w nią zwątpiłam, kiedy to- jak mi się zdawało- rozpoczęła temat kupy, która.. to nie zabrzmi najlepiej, ale... przejadła mi się ;)
Sytuacja miała miejsce, kiedy siedziałam z dzieciakami na materacu. Te przytulały się do mnie, łaskotały mnie i ciągnęły za sukienkę. Nagle dołącza do nich Maja, siada twarz w twarz ze mną i zupełnie poważnie, mówi :

- KAŁ.
Boże, proszę Cię, zarzuć innym tematem. Tylko nie to. Wiem dobrze, o czym mówi, ale pytam (bo może się przesłyszałam? Ależ na pewno...) :
- Co?
- K-A-Ł.
Nie, nie przesłyszałam się.
- Ale co to jest?
Czy ja słyszałam siebie, gdy zadawałam to pytanie? Czy ja śnię czy też naprawdę pytam pięcioletnie dziecko, co to jest kał?
Odpowiedź Maji przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
- KAŁ to jest "krowa" po angielsku......

No.. no przecież jasne, że krowa... czy ktoś przez chwilę pomyślał inaczej....?
Gówno wiecie, czym jest "KAŁ" ;)


Dobranoc.

skomentuj (42)

****** to są fajne człowieki 2008-12-10 03:08:29

Dobrze. Zatem bawiliśmy się już w dzikie zwierzęta, pająki aryjskie, niedźwiedzie grodzkie, w psy bardziej i mniej chore, w jedzenie marchewki z glutami, w poligon i gryzienie po nogach rówieśników. No i co? Okazuje się, że może być jeszcze fajniej.

- Najlepsza zabawa : PATROSZENIE !

.. Rzekł dziś z nieskrywanym entuzjazmem sześcioletni Jakub wyglądający na chłopca, który zostanie gothem albo przynajmniej zadowolonym z życia sadystą.
O Boziu, Bożenko, Bogusiu i Boże, czemu we mnie jest jeszcze tyle wiary w dziecięcą niewinność? Życie niczego mnie nie nauczyło. "Karolina się nie nauczyła" - rzekłaby pewnie Roksanka. Przepraszam. Ona ujęłaby to raczej : "Karolina ma to w dupie".

- A na czym polega ta zabawa?
Jakub uśmiechnął się tak szeroko, że ślina na jego zębach roztoczyła dookoła większy blask niż Gwiazda Betlejemska.
- No normalnie... bierze się głowę i wali w mur!

No to fajnie. To ja może pobawię się w to w domu po pracy. Tak w ramach chillout'u. Polecam!
Jakub chwycił mniejszego od siebie chłopca- pięcioletniego Sajmona za włosy i chciał już rozpocząć patroszenie, ale ku jego wielkiemu rozczarowaniu, nie wyraziłam na to zgody. Kuba ubolewał też nad inną kwestią :

- Szkoda, że tu nie ma mieczy takich świecących do zabawy..
- Szkoda .. - przytaknęłam
- .. albo siekiery.

Przytaknęłam mechanicznie, ale dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, że odpowiedziałam : "wiem Kuba, masz rację". Hm. Mam nadzieję, że nie odebrał tego zbyt osobiście.
Bardzo zależało mi na tym, by zejść z czarnego humoru i udałam przez chwilę, że na Kubę nie zwracam uwagi. Skupiłam swoją uwagę na czteroletnim Jasiu, który zafascynowany był bez końca przedszkolem. Słuchałam go z uwagą, gdy nagle do rozmowy wtrącił się Kuba. Szturchając malucha po męsku, spytał :

- I co? Podkochujesz się tam w kimś ???
Chłopiec mocno się zawstydził, chciałam trochę pomóc mu w pokonaniu tego uczucia, więc spytałam Kubę :
- A może ty się w kimś podkochujesz, co?
Jakuba momentalnie zgasiło, jego wyraz twarzy wskazywał na to, że przypomniał sobie coś w stylu najbardziej traumatycznego doświadczenia życiowego. Wybełkotał zniesmaczony :
- Mnie kiedyś dziewczyna podrywała. I uciekałem. Nie miałem gdzie uciec... Nie miałem gdzie się skryć...

Myślę, że mogłeś pobawić się z nią w patroszenie, to rozwiązałoby problem.

Kiedy Jakub otrząsnął się z traumy, znów wrócił mu dobry humor. Opowiadał mi jakieś anegdotki, napisał na kartce "JOŁ" i tak się zmęczył swoją błyskotliwością, że zachciało mu się pić. Rodzice zostawili mu do picia Pepsi; siągnął więc za swój napój i zaczął siłować się z zakrętką, więc zaproponowałam, że odkręcę ją za niego. Nagle Kuba wypala :
- Niech pani powie : "otwórz Pepsi" !
- Otwórz Pepsi !
- Jesteś seksi ! - odpowiada chłopiec, bardzo rozbawiony swoim żartem.

No wreszcie jakiś komplement na czasie! A nie jakieś "pani pachnie jak marchewka" !
Jakub wyznał, że w przyszłości chciałby być didżejem. Dopytywałam, dlaczego, i czy mama nie wolałaby, żeby był lekarzem lub prawnikiem.

- Nie, bo ona jest didżejką i musi iść na komendę policyjną z Marsa. - odpowiada i znów tarza się ze śmiechu. Czyli, że ROTFL. Po jakimś czasie, kiedy temat DJ zdawał się być już zamknięty, Kuba wybiega do mnie z placu i, tym razem, bardzo poważnie pyta :

- A widziała pani kiedyś siusiaka nosorożca jak był didżejem ?

Zaraz zaraz. Ale jak kto był didżejem- nosorożec czy siusiak?

Mój mózg znów wypełnił się sieczką, siusiakami i patroszeniem. Szukałam równowagi w rozmowie z Jasiem. Temat pobytu jego taty w szpitalu miał okazać się odskocznią od wymłóconego myślenia.
Miał okazać się. Ale nie okazał się.

- A mój tata był w szpitalu !!! Zabrali mu migdałki !!! KRADZIEJE !!!!

Następne minuty spędzałam na ocieraniu łez chłopca. Co za podłe świnie ! Zawsze mówiłam, że coś jest w tym wycinaniu.. to znaczy zabieraniu.. migdałków !
Kiedy skoncentrowałam się na wielkiej rozpaczy Jasia, Jakub i Sajmon wreszcie przypomnieli sobie, po co przyszli na plac i rozpoczęli zabawę. Bawili się w berka i gra musiała obudzić w nich ogromne emocje, bo Kuba przybiegł do mnie, skarżąc się, że Sajmon powiedział brzydkie słowo. Odpowiedziałam, że to bardzo niegrzecznie tak się zachowywać i takie słowa są nieładne i nie powinno się ich używać. Jakub zgodził się z tym, dodając :

- A ja nie przeklinam wcale! Ja chcę być dobrym osobnikiem!
- To bardzo ładnie! - odpowiedziałam - Dobry chłopiec! Przybij piątkę!
Kuba przybił piątkę... ale to nie był koniec jego wypowiedzi... 
- .. No i chcę przecież dostać quada na komunię.. !

A ja myślałam, że na komunię dostaje się bombonierki, boomboxy i Smerfne Hity...

Sajmon był najmniej aktywny intelektualnie ;), ale udało mi się wykrzesać z niego iskrę absurdu, kiedy zapytałam, czy ma w przedszkolu kolegów. Odpowiedział :

- Tak. Mam.

Żartowałam. To byłoby zbyt proste. ;)

- Mam kolegów policjantów. To są roboty kuchenne.

Ahaaaa. Dobrze, to ja może włożę kurtkę i pójdę zobaczyć, czy nie ma mnie na szczycie najwyższego budynku, a potem skoczę i sprawdzę, czy jestem na dole.

- A mój kolega powiedział, że ma większe buty, a ja mniejsze.. I co z tego? To nie był żaden konkurs butów.

No więc.. na czym ja to stanęłam.. już powolutku przymierzam się do tej kurtki.. 

Później chłopcy byli już znudzeni zabawą i wszystkim dookoła i poprosili mnie, żebym pobawiła się z nimi w berka.
- Ja? Taka stara krowa? - pytam, mając nadzieję, że zauważą różnicę wieku i pomyślą sobie, że oczywiście mam rację. 
- Tak ! Nawet taka stara krowa może się gonić!- odpowiada Sajmon

Eeej. On mnie uraził. On chciał powiedzieć po prostu "goń się", ale chciał być delikatniejszy. Doceniam. 
No więc stara krowa zaczęła się gonić, na co ludzie dookoła reagowali różnie, ale ochrony nikt nie wezwał, więc uznajmy, że na porządku dziennym jest sytuacja, kiedy opiekunka do dzieci wspina się po zjeżdżalni krzycząc : "hahaha! Nie złapiesz mnieeeee!".
Po 15 minutach miałam dosyć i zaproponowałam, żeby chłopcy pobawili się sami. Dzieciaki uznały, że beze mnie to nie to samo i znów znudzone położyły się na materacu. Nagle Kuba powoli podnosi się z niego, mówiąc :

- Niech pani mnie urodzi jeszcze raz.

Uspokoiła mnie myśl, że to chyba sen i to nie dzieje się naprawdę. Nawet jeśli wiedziałam, że oszukuję samą siebie. Patroszenie time mode on.

Jaś, któremu wcześniej pomogłam pokonać wstyd, postanowił stanąć po mojej stronie i widząc jak chowam twarz w dłoniach, śmiejąc się trochę radośnie, a trochę histerycznie, również powoli podniósł się z materaca i pukając się w czoło, rzekł do Jakuba :

- Kolego, opanuj się wreszcie. Bo Mikuś patrzy i da Ci rózgę !!!

Jakuba chyba troszkę to ruszyło, bo zdawało mi się, że właśnie analizuje w głowie to, co wolałby dostać pod choinkę zamiast rózgi. Nie myliłam się- po chwili rzekł rozmarzony :

- Chciałbym dostać takie potwory z glutów.

No to quad poszedł w zapomnienie..

Jak wielka była moja ulga, kiedy chłopcy wyszli z placu! Ale pozostawili na nim piętno didżejów, glutów i takich takich. 

Na szczęście z opresji wyrwała mnie Aga, która wreszcie zjawiła się w pracy. Przyszły akurat dwie dziewczynki - trzyletnia Wiki i cztero lub pięcioletnia Natalka. Wiki ma twarz aniołka, przesłodka, ale często próbuje zwrócić swoją uwagę dzieci, bijąc je. Natalkę widziałam tu po raz pierwszy, jak to stwierdziła Aga- dziewczynki były siebie warte, bo obie prowokowały się nawzajem, a potem wielki płacz. Na placu zrobiło się radośnie i głośno, kiedy nagle wewnątrz rozległ się rozdzierający płacz Natalki. Biorę ją na ręce i uspokajam, ta wciąż zawodzi, sadzam ją na krzesełku, ocieram łezki i krew z nosa, próbując dowiedzieć się, co się stało. Natalka nie przestaje głośno wyć.
- Co się stało, słonko? Uderzyłaś się?
- niiiIIIIIEEeeEEEEEEEEE.....
- Ktoś cię uderzył?
- NIIiiiEEEEEEe....
- Upadłaś ?
- NiiEEEEEeeeeee........
Po chwili płacz przeradza się w rozczulający śmiech, na twarzy dziewczynki maluje się promienny uśmiech, mała podnosi główkę i mówi :
- Bo ja uciekałam przed potworem... ! Ale wie pani co ? Nie dogonił mnie !!!
Byłam tak wzruszona, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.

Wcześniej Natalka bardzo nalegała, że chce wejść do środka ze swoją laleczką Barbie- syrenką, ale zaproponowałyśmy jej, że lalka będzie siedziała na szafce i patrzyła, jak dziewczynka się bawi. Żeby utrzymać tę otoczkę, Aga mówi do Natalki, kiedy ta jest u góry :
- Natalka! Pomachaj swojej lalce!
Dziewczynka macha zabawce i mówi :
- Ona ma na imię Mirandaaaa... i ona się nazywa Miranda.. i ona jest Mirandaaa... Miranda Tęcza! Bo jest kororowa... różowa, niebieska i malinowa!

Dzień byłby stracony, gdyby na plac nie przyszła Roksana. Ma ten swój charakterek, to dobre dziecko, ale pewnych nawyków słownych powinna się pozbyć. Mowa o dupie. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o dupę. Ale dziś nie tylko o dupie. W trakcie zabawy, Roksi podchodzi do mnie i mówi :
- Chcę ci coś powiedzieć na ucho!
Przystawiam więc ucho, ta zaczyna śpiewać, naprawdę słodkim i dziewczęcym głosikiem :
- Lalala...
Myślę sobie : "Boże! Ona jest cudowna! Dla takich chwil warto żyć"! Ta kontynuuje, wciąż nucąc melodycznie :
- Stara babaaa, stary dziad, kuurwa ja pierdooole...

Mój wyraz twarzy prawdopodobnie wyglądał tak :
O__________________O

Pomyślałam, że bezpieczniej byłoby teraz umrzeć.

Pod koniec dnia byłyśmy już tak wypalone na psychice, że siedziałyśmy jak te święte krówki i non stop się zawieszałyśmy. Siedziała z nami Roksana, rysując kwiatuszki. Nagle jakiś chłopiec odzywa się z placu, pytając, co tu się dzieje. Roksana i tym razem nie szczędziła mu słodkich słów :

- A nic. Sramy se.

Tym radosnym akcentem kończę patroszenie Waszych umysłów i zaprawdę powiadam Wam : kto nie przeczytał tych dupereli do końca, oficjalnie wylatuje za świat. 

skomentuj (35)

mylisz się Marchewko 2008-12-07 01:17:13

O Bogusiuuuuu.
Prawie zapomniałam, jak to jest wstawać później niż o siódmej.
I nie dostawać z tej okazji stu palpitacji serca myśląc, że zaspałam do pracy.
Tak więc wstało mi się dzisiaj o jedenastej i nie jest mi ani troszkę wstyd, jeśli kogoś to nteresuje.
Ostatnie dni były pełne pracownictwa wielkich ideałów i muszę powiedzieć, że wczoraj w granicach dziewiętnastej, kiedy dziewczynka spytała mnie, która to lewa ręka, a która prawa, chyba nie udało mi się udzielić poprawnej odpowiedzi...

Tak to jest, kiedy cały tydzień słucha się o kupie, dupie i wszystkich równie zachęcających pochodnych. Z tego wszystkiego ostatnio, kiedy przyszła znana już wszystkim Roksana, pod koniec jej pobytu na placu, zaczęłam mówić jej, jak to bardzo lubię jeść kupę (wybaczcie.. jestem najbardziej infantylną osobą, jaką znam..), ale żeby nie było- nie swoją. Roksana była bardzo rozbawiona, choć stwierdziła, że kłamię ("Kłamiesz ty kłamku!"). Jednak obiecuję : już nigdy nie powiem takiej rzeczy dziecku. Nie mam zamiaru po raz drugi palić się ze wstydu, kiedy przy kolejnej wizycie dziewczynki, oświadczy swojej mamie : "aa Karolina lubi jeść kupę! mówiła!".. Och, Roksana, jakie ty głupoty opowiadasz. Wcale tak nie mówiłam. 

Zszokowało mnie, jak wygląda dzisiejsze pokolenie 8,9,10-latków. Za moich czasów, kiedy widziało się coś zachwycającego, zapierającego dech w piersiach (choć niewiele dziewczynek wtedy je miało), mówiło się : "jacieeeee" czy "łaaaaał" ostatecznie. Ale w piątek, kiedy to w centrum handlowym przechadzała się wycieczka dzieci ze szkoły, te małe potwory zatrzymywały się przy naszym placu i patrząc na konstrukcję wytrzeszczały oczy, mówiąc : "oooo LOOOL" i - co gorsza - "nie nooo ROTFL"... Ja wówczas miałam ochotę rzec : "OMG WTF?". Moje dziecko nie będzie miało komputera do dziesiątego roku życia co najmniej. Ewentualnie zrobię mu odpicowywanie Amigi 600 i będzie ciorało w Superfroga. A niech tylko spróbuje mi wyskoczyć z "o lol", to straci jedynki szybciej niż by chciało ;).

Całe szczęście na mój plac mogę wpuszczać dzieci tylko do lat siedmiu, więc te jeszcze nie są skażone lolowaniem i rotflowaniem. "Moje" dzieci na ogół są słodkie, nawet z tym swoim gadaniem o dupie, w dosłownym znaczeniu, oraz innych bardzo przyziemnych ale jakże ludzkich rzeczach. Są rozczulające z tymi swoimi historiami, problemami, przemyśleniami. Wczoraj był u mnie 4letni Mateuszek, który podzielił się ze mną swoją historią :

- A ja widziałem taką krówkę, miała takie oczy, takie zęby pofalowane i uśmiech. Tak się uśmiechała, że nie mogłem iść.

Jesteś pewien, że to była krówka? Ach, przepraszam, ależ oczywiście, że krówka. Te pofalowane zęby wskazują na jedyne słuszne rozwiązanie.

Do Mateuszka wkrótce dołączył drugi Mateuszek, również czteroletni. Ten był jednak trochę nieśmiały, mniej ruchliwy, przyszedł tu po raz pierwszy i bał się wejść na drugie piętro placu. Wszedł tam na chwilkę, ale po chwili szybciutko zszedł. Pyta pierwszy Mateusz :

- Czemu już ZESZŁEŚ?
Na co Mati # 2 odpowiada trzymając się za głowę :
- Aaa... bo tak mi się we łbie zakręciło.
Pierwszy Mati spojrzał na niego z niedowierzaniem i wkładając ręce do kieszeni, odparł :
- I co? Czy to stanowi dla ciebie przeszkodę?

Najwidoczniej kręcenie się we łbie przeszkody nie stanowiło, bo chłopiec momentalnie się zerwał i pobiegł na górę. Choć, nie zaprzeczę, chwilowo miałam wrażenie, że zaraz z góry spadnie na mnie deszcz wymiotów.

Późnym popołudniem znów zawitała Roksanka, z tą całą swoją "niewinnością" i "posłusznością". Tradycyjnie chciała rysować, ale nie mogłam jej na to pozwolić, ponieważ zebrała się gromadka dzieci, które musiałam mieć bez przerwy na oku. Ta udała obrażoną, więc chcąc użyć jej własnej broni, rzekłam :
- Roksana, nawet mnie nie wkurzaj, bo wylecisz za świat !!!
Nie wiem, czy ta mała ma wyuczone wszystkie swoje riposty na pamięć, ale jak zwykle to ja przegrałam ten konflikt, kiedy usłyszałam :
- Ja nigdy nie wylecę! Powiem to twojej dupie !!

O nie, błagam, tylko nie mojej dupie. Ona by tego nie zniosła, więc proszę nie łam jej serca.

Na jednej dupie oczywiście skończyć się nie mogło. Później, kiedy na placu się trochę wyludniło, dałam jej obiecaną kartkę, w połowie porysowanej przeze mnie. Roksana zauważyła narysowanego przeze mnie bałwanka i zaczęła się śmiać. 

- Przecież bałwanki nie mają nóg !!!! - mówi
- No to co, ale mój ma!
- Kłamiesz Karolina! Ty nie masz bałwanka!
- Mam!
- Taaaak? Ciekawe gdzie!
- Noo.. na kartce..
- A w dupie masz go. - kończy rozmowę z ogromną powagą.

Rezygnuję z resocjalizacji tego dziecka. Rezygnuję i D U P A ;)

Tego samego dnia, było po prostu przekomicznie. Przyszła Maja (ta, która reaguje na : "Tyranozaurzeee!"), Zuzia i dziewczynka, której imienia nie pamiętam. Zuzia już przy wejściu oświadczyła : "Już panią lubię! Bo pani jest taka miła!". Potem razem z Agą zagadywałyśmy do dziewczynki, kiedy to nagle spytała : "A gdzie jest ta dziewczynka z ŻÓŁTYMI włosami?!". Razem z koleżanką stwierdziłyśmy, że ma pewne zaburzenia w odbiorze kolorów, więc Aga zapytała, jaki w takim razie kolor włosów mam JA. Ta miała tę nazwę na końcu języka, więc A. skróciła jej męki, mówiąc : "MARCHEWAAAA!". Zuzia potwierdziła, mówiąc, że - owszem - "pani wygląda jak ciemna marchewka". No cóż. Nie wiedziałam. że ta moja życiowa nieporadność aż tak bardzo rzuca się w oczy. Usłyszałam też jeszcze jeden komplement, mianowicie uświadomiono mi, że :
- Pani to nawet pachnie jak marchewka.
Maja jednak nie zgodziła się z tym, kiedy to usiadła mi na kolanach i bardzo intensywnie wwąchując się we mnie, uznała :
- Nie! Pani pachnie jak spaghetii !

Oszukano mnie! Myślałam, że moje perfumy pachną opium i wanilią...

Refleksje na temat marchewkowatości trwały ponad godzinę i zaowocowały rozmaitymi wnioskami, do których dziewczynki dochodziły stopniowo. Zuzia zauważyła, że skoro jestem marchewką, to należy mnie zjeść. Od tej pory dziewczynki wgryzały się w moje ręce i brzuch. Potem nastąpił dalszy etap zabawy, polegający na tym, że przynoszono mnie i Adze niewidzialne marchewki. Obie udawałyśmy, że je jemy, w końcu dzieciakom odbiło gorzej niż nam (czy to możliwe?). Mówi Zuzia :

- Proszę ! Marchewka!
- Ooo dziękuję ! - odpowiadam, udając, że zjadam nieistniejące warzywo
- Żartowałam! To nie była marchewka! To była parówka z kolczykami, łokciem i paznokciami.

Mmm. Wiesz dziewczynko jak trafić przez żołądek do serca.
Po serii parówkowych marchewek z kolczykami, łokciem i paznokciami, przewinęły się również "gluty z oczami i koralami", ale moim ewidentnym faworytem jest..

- Proszę marchewkę!
- Mmm, ale smaczna...!
- Żartowałam! To była marchewka z PAŁĄ.

Ojej... Ojej... Czuję się lekko zakłopotana.

Ponadto, Aga zauważając, że skoro ja zostałam Marchewką, Ona też powinna zostać przechrzczona. Jak wielki był Jej zawód, kiedy Zuzia zdecydowała, że będzie Burakiem. Aga, nie martw się, dla mnie jesteś Orzeszkiem- dokładnie tak, jak chciałaś :).

Odejdźmy może jednak od warzyw i innych zboczeń. 
Po raz kolejny w zabawach dzieci pojawił się motyw psa, tym razem bardziej destrukcyjny. Pojawił się on w piątek, kiedy to pracowałam z inną Współpracowniczką, również Agnieszką. Pochłonięte byłyśmy rozmową, wtem z placu słyszymy dialog:

- Kim jesteś ?
- Chorym psem !!!!!

Hm. Muszę wystąpić z wnioskiem o selekcjonowanie dzieciaków przed wejściem ;)

Na pewno znacie wiele dziecięcych zabaw, takich jak berek, zabawa w chowanego, w dom.. (lub Pająka Aryjskiego.. ;)) Ale tego na pewno nie znacie ! Mówi Zuzia :

- Ej.. a pobawimy się od końca?

Jasne, że się pobawimy. Wcale nie musimy wiedzieć, na czym to polega.

Dwa dni temu, z samego rana, zaskoczyło mnie pewne wyznanie jednego z chłopców, kiedy inny maluch spytał go :

- Gdzie chcesz iść?
Tamten odrzekł, trochę niepewnie :
- Do więzienia...

Wiesz.. jak by ci to powiedzieć. W pewnym sensie już jesteś :)

Poza tym, dziewczynki od najmłodszego wieku szukają prostych rozwiązań, które być może zastosują w przyszłym dorosłym życiu. Jedna dziewuszka woła drugą, krzycząc :

- Chodź tu! Tu się szybko dochodzi !!!

Kolejne, bardzo wzruszające wyznanie spisała Aga podczas czwartkowego poranka. Nie było mnie przy tym, jednak nie odmówię sobie uwiecznienia go, bo ma w sobie niesamowitą wiarę pełną dziecięcej magii.. Jak bańka mydlana.. Szkoda, że pryskają wraz z dorosłością.
Na placu przebywał mały Kubuś, który Adze wszystko wyoopowiadał, następnie prawdopodobnie zaczął zagajać coś o swoim tacie. Aga tłumaczyła chłopcu, że tatuś musi pracować, by zarabiać pieniążki. Mały Kubuś stwierdził bez wahania :

- A ja nie będę pracował, ja będę sprzedawał baloniki...

Jezu. W takich momentach czuję, że życie jest takie piękne!

Dzieci mnie rozczulają, mówię to nie po raz pierwszy i nie ostatni na pewno. Ta ich szczerość.. W tę środę nie pracowałam, ale mimo to przyjechałam do pracy na spotkanie pracowników. Później z Madzią i Agą robiłyśmy dekoracje świąteczne. Z placu wypatrzył mnie pięcioletni Dawid, który przytulając mnie mocno, powiedział :

- Ale ja panią lubię !!!
- Tak? Ja ciebie też bardzo lubię! A za co ty mnie tak lubisz?
- Bo panią kocham!
- Tak? To skoro mnie tak kochasz, to może weźmiesz ze mną ślub ?
Po czym chłopiec w ciągu mikrosekundy wypuścił mnie z objęć i w ucieczce zdążył tylko rzucić :
- COOO ?!?! WYNOCHA !!!

... Faceci. Jak przychodzi co do czego to wszyscy spieprzają.
A przecież Bóg patrzy na nas z góry ! Czasem z góry patrzą też na nas dzieci. Jak mała Julka, która dumna była ze swojego wejścia na drugie piętro placu i radośnie podskakując, krzyczy :

- Jestem u góry !!! Jak Pan Boguś !!!!

Dopiero po chwili zrozumiałam, że to Boga miała na myśli. 
Ale to mój ziom, ja mając pięć lat święcie byłam przekonana, że Bozia to zdrobnienie od Bożena.
Szczerze mówiąc, dalej w to wierzę. 

Dobranoc :)

skomentuj (38)

- mogę cię obciąć - nie, dzięki - czemu, ja siebie zawsze obcinam.. - no. i zobacz jak wyglądasz. 2008-12-03 02:39:37

 
Kochany Mikołaju, wiem, że byłam niegrzeczna w tym roku, ale nawet najgorsze dzieci zasługują na nowy mózg. Ten obecny sprawił, że wracając z pracy nie wsiadłam do autobusu, którym zawsze wracam do domu, bo nie mogłam sobie przypomnieć, czy to ten, choć jeżdżę nim od wieków. Stałam jak ta krowa wpatrując się w numerek. No i nie wsiadłam. AmenT.
 Na placu powoli rodzi się przedświąteczny szał, zapomnijmy o całym tygodniu jako takiego spokoju, o patrzeniu na dzieci kątem oka i jednoczesnym piciu kawy, "klachaniu" jak to mawia Aga i tysiącu innych rzeczy robionych jednocześnie. Mikołaju, dajże jeszcze miliard par oczu dookoła głowy.

 Wierzę jednak, że całe zmęczenie i odmóżdżenie rekompensuje uścisk dziecka, które naprawdę cieszy się na twój widok i wraca tu niezliczoną ilość razy. Uścisk tak mocny, że prawie się przewracasz, oczy wypływają ci uszami i masz ochotę zwrócić sernik z pierwszej komuni świętej. Ale jednak pełen ciepła i przywiązania. Mam nadzieję, że moje dziecko będzie mnie kochało i nie nadużywało słowa "dupa".

 Tak jak Roksana. Nie wiem czemu, ale zawsze się na to nabieram.
 Przybiega do mnie szybciutko, kręci się wokół mnie jak baletnica i śpiewającym głosem krzyczy:
 - A ja mam świecąceee serduuuuszkooo- niemalże wyśpiewuje.
 Tym samym tonem próbuję odśpiewać :
 - A gdzie-eeee?
 Ta szczerzy znów ząbki i wciąż udając baletnicę, delikatnym i słodkim głosem rzecze :
 - W duuuuupieeee - Po czym ucieka nadal pozostając baletnicą.

 Tak więc Roksi ma świecące serduszko w dupie i skoro to ją uszczęśliwia- musimy okazać zrozumienie. 
 Odkąd ciągle powtarzam jej, że tak mówią tylko niegrzeczne dzieci, zaczęła rozumieć doskonale, że ma na mnie haka i wie dobrze, czym mnie wkurzyć. Tak więc od jakiegoś czasu ma wszystko w dupie lub ewentualnie w dupie to ma. Wczoraj ewidentnie nadużywała tego słowa i już nie miałam pomysłu, jak uświadomić jej, że nie powinna tego robić.

 - Roksana, co ty znowu robisz?
 - Aa dupa!
 - Nie mów tak, to jest brzydkie słowo.. jak nie wiem co!
 Ja nie wiedziałam, ale ona tak.
 - Jak co? Jak gówno?
 .. I szczerze mówiąc, to było bardzo trafne, mimo wszystko...


 W pewnych momentach trudno jest zachować powagę. Oczywiście, że do problemów dzieci należy podchodzić z powagą, nawet jeśli stajemy przed konfliktem pt. "proszę paniii, bo ja chcę się bawić w kotki, a oni się bawią w jakieś głupie, durne i.. i głupie czołgi !!". Ale kiedy słyszę :

 - Pani... bo tamten.. mi ściągnął galoty...

 .. to naprawdę, naprawdę... naprawdę.

 Odnoszę wrażenie, że często dzieci na placu zabaw gubią swoje smutki i zapominają o wszystkim innym. Może dlatego zdarza im się czasem posikać w "majciochy", lub "zrobić kupę i nie poczuć". One naprawdę zapominają o wszystkim innym. Jak wczoraj, jakiś mały chłopiec biegając z zawrotną prędkością, złapał w pewnym momencie poślizg, zatrzymał się i histerycznie zapytał :

 - Przepraszam !? Co to za planeta ?!?!

 No ja nie wiem... mężczyźni to podobno są z Marsa?

 Niektóre maluchy tracą poczucie czasu. Szczególnie te, które nie znają się na zegarku. 
 Okazuje się jednak, że bardziej przejmują się tym ich rodzice. Swoją drogą- ile to już rzeczy usłyszałam, które z pewnością nie miały wyjść poza rodzinę.. ;) Mamusia na pewno przed przyjściem z dzieckiem na plac, nie poinformowała go : "tylko nie zapomnij opowiedzieć pani, jak podczas kłótni z tatą rzuciłam w niego komputerem..!". Z zegarkiem sprawa ma się podobnie. Martynka, 5 lat :

 - Proszę pani, bo ja nie znam zegara... tych.. godzinów nie znam, i.. i dlatego mama nie chce mnie widzieć na oczy.

 Ojjj, dziewczę, świetnie to rozumiem. Moja Mama też nie chciała mnie widzieć na oczy, kiedy w podstawówce robiłam byki w zeszytach i zamiast "6" z okrągłym brzuszkiem, robiłam kwadratowy. A potem rodzicielka droga wyrywała kartkę po kartce. Albo interweniowała drapaniem żyletką. Ktoś ma jeszcze taką traumę za sobą, czy tylko u mnie taka bida..? ;)

 Dzisiaj z samego rana miałam u siebie prawdziwy skarb- trzyletnią Oliwię, śliczną jak laleczka, która- nie ma bata- musi mieć coś wspólnego z Monty Pythonem. Kiedy przyszedł odebrać ją tata- młody i młodzieżowo-modny facet i spytał, czy chce iść na lody, ta parsknęła w bardzo teatralnym stylu, mówiąc :
 - Co? Głupi jesteś czy jaki?

 Podczas gdy tata ubierał jej buty, ona siedziała zamyślona ze wzrokiem wbitym w podłogę i nagle krzyknęła, jakby dopadło ją chwilowe olśnienie :

 - Chcę oglądać węże, ale takie bardzo nieszczęśliwe!
 Chyba bardzo mocno chciałam wierzyć w to, że się przejęzyczyła, więc zapytałam:
 - Chyba "straszliwe", Oliwia?
 - Nie, nieszczęśliwe! Takie bez pieniądzów!

 "Oh, this is sweet. I just wonder what it means..."

 Tuż po wyjściu Oliwii przyszła Ania, również trzylatka oraz czteroletnia Wiktoria. Zaczęły bawić się razem. Po około piętnastu minutach, Ania krzyczy bardzo głośno do Wiki, chociaż ta stoi przed nią :
 - WIKTORIAAAA !!!! GDZIE MASZ MAMĘ, WIKTORIAAAA? - za chwilę zwraca się do mnie - PANIIII ! GDZIE WIKTORIA MA MAMĘ ?!?!
 - Poszła do sklepu, a co od niej chcesz?
 Ania wymachuje nerwowo rękami i krzyczy ponownie :
 - SPYTAĆ JEJ COŚ !!! SZYBKO !!!

 Postanowiłam nie przejmować się tym zbytnio, szczególnie, że dziewczyny znów zajęły się zabawą. W końcu zjawia się mama Wiktorii, by odebrać dziewczynkę. Zdecydowałam więc zawołać także Anię, by dowiedzieć się, o co tak koniecznie chciała zapytać :
 - Aniu, chodź na chwilkę skarbie.. O co chciałaś spytać tę panią?
 Ania wychodzi z placu, obserwuje, jak kobieta zakłada córce kurtkę. Wsadziwszy kozacko ręce do kieszeni, mówi - zgrywając kozaka, ale jednak lekko zmieszana:
 - No...witam! Co widać..? Co słychać..?

 ....

 Często gości u nas jeszcze jedna dziewczynka, Kalinka, która jak na złość zawsze zjawia się wtedy, kiedy w środku nie ma żadnych dzieciaków. Wtedy próbuję zająć ją rozmową, dopytuję, jak w przedszkolu, czym się interesuje, czy ma jakieś zwierzątka. Dowiedziałam się, że Kalina chce zostać sportowcem, i faktycznie, ma zadatki- dziś zaprezentowała mi szpagat. Zaciekawiło mi, gdzie się tego naczyła, więc pytam :
 - To co, Kalinka, masz w przedszkolu jakąś gimnastykę, tak?
 - Mam.. ja mam korekcyjną zwykłą... Natalka... korekcyjną niezwykłą, a Maciek.... taką.. dla dzieci.. no takich - szczerze mówiąc - głupich...

 Aa... aha.. Ojej. Biedny Maciek. Ciekawe, czy jest tego świadom.

 No ale w każdym razie dziewczynka ma swój cel w życiu- to się liczy. Warto jednak zauważyć, że czasem nie liczy się cel. Czasem liczy się tylko jego osiągnięcie. Celu. Celu obojętnie jakiego.
  Zrozumiałam to dzięki Mateuszkowi (3 l.), który późnym popołudniem, kiedy zebrała się gromadka maluchów, szybkim pędem wybiega z placu i skacząc, krzyczy z nieskrywaną radością :

 - Wygrałem !!!!!!! WYYYY-GRAAAA-ŁEEEEEM !!!
 - Taaak ? A w co się bawiliście ?
 - Nie wiem.

 Ostatnim zdarzeniem, jakie pragnę przytoczyć na podstawie moich zapisków nie odnosi się do słów dziecka, ale nie mogę się wprost oprzeć przed jego opisaniem. 
 W środku bawi się mała dziewczynka, strasznie pochłonięta zabawą. Cała zdyszana, spocona i bez sił, ale zupełnie nie reaguje na prośby taty, by wyszła, bo czas jechać do domku. Zerkam na kartkę i zauważam, że mała przekroczyła już swój czas. W takich sytuacjach pytam rodzica, czy dziecko wychodzi, czy też czas będzie przedłużany.
 Podchodzę więc do ojca i pytam :
 - Będzie pan przedłużał?
 Na co owy pan patrzy na mnie.. uśmiecha się.. patrzy w dół, ściślej mówiąc w kierunku rozporka i powstrzymując śmiech, mówi :
 - Nie. Nie ma potrzeby.

 Ahhh, te dzieci. Małe i duże...

skomentuj (31)

a czy piorun jest szybki? 2008-11-30 23:21:26

Dobry wieczór, drodzy Czytelnicy - pierwszy raz mogę tak się zwrócić nie mając jednocześnie wrażenia, iż udaję, że posiadam takowych ;). Ci, którzy mnie znają, wiedzą dobrze, że mało rzeczy potrafi mnie zaskoczyć, a jeszcze mniej takich, które mogą zszokować. Ale 20 odwiedzin a 11.000 to dobry powód do wylecenia z kapci. Dziękuję!
Czuję się tak jak wtedy, kiedy w podstawówce stałam na środku auli w stroju ludowym, śpiewając "cebuuula staniałaaa za cóż ja se bede korale sprawiałaa". 
A nie- przepraszam.. wtedy byłam zażenowana i gdybym nie bała się, że nie pójdę do nieba, to pewnie bym sobie kurwamaćnęła pod nosem.
Ale te dwie sytuacje łączy odczuwanie uczucia podobnej radości. No dobra, to było trochę bez sensu (czy cokolwiek na tym blogu w ogóle go ma?), ale mój chory umysł wie, o co chodzi ;)

Dziś wyjątkowo spędziłam niedzielę w pracy. Nigdy bym nie przypuszczała, że do pracy można przychodzić z uśmiechem i szczerą radością, ale ta radość nie narodziła się sama, znów wypłynęła z ust małych ludzi, a ja tylko pozwoliłam jej wlać się pod moje palce.

Godzina 10:10, na plac przychodzi czteroletni Kubuś. 
Dziesięć minut temu otworzyłam plac. Czy to już? Czy aby na pewno jestem gotowa na bombardowanie słowem? Patrzę na chłopca- blond aniołek w okularach, główka opuszczona w dół, niewinny uśmieszek w kącikach ust. Uśmiechnęłam się do swoich myśli, bo w głębi duszy miałam nadzieję, że maluch zajmie się sobą, ja zrobię sobie kawę, wszystko będzie pięknie, peace&love, idealna symbioza.
Kuba bardziej od zjeżdżalni wolał jednak rozmowy o dinozaurach. To nie jest moja mocna strona, więc próbowałam nakierować rozmowę na nieco inny tor, pytając, jakie bajki lubi, czy chciałby kiedyś poznać jakąś sławną osobę osobiście. Sławną osobę.. jakież to względne... Sama się o to prosiłam :

- Tak ! Szablozębnego superozaura i morskiego wielkiego wieloryba drapieżnego!

Doskonale Cię, chłopcze rozumiem. Tylko idioci chcieliby poznać Michaela Jacksona na przykład.

Kubuś zauważając moje kolorowe paznokcie, nie omieszkał mnie poinformować o paznokciach swojej mamy, o jej perfumach i szpilkach... ale takich.. do włosów. No nie udawajcie, że nie wiecie co to jest.

- Czasami się bawię tymi szpilkami w pszczółki - mówi rozmarzony, na chwilę zawieszając się - .. w rodzinę pszczółek.. Pszczółki sobie latają, a małe są jeszcze w brzuszku mamy i taty..!

Przez chwilę naprawdę zaczęłam się zastanawiać, jak rozmnażają się pszczoły. Na wszelki wypadek postanowiłam go nie poprawiać.

Kiedy już skończył omawiać ze mną lekcję biologii, postanowił poinformować mnie o tym, że dziś rano robił tu w centrum handlowym zakupy.

- A ja tu byłem na zakuuupach dzisiaj ranooo...
- I co sobie kupiłeś?
Naprawdę miałam nadzieję usłyszeć "kurteczkę", "samochodzik" lub chociażby "sieć Spidermana", ale dziś dzieci mają inne priorytety.
- Długą kilometrową kiełbachę !!!!
Po czym znów robiąc minę marzyciela dodał, mówiąc głosem jakiejś przekupki z targu :
- Bo taką chciałem-taką dotknąłem-i taką kupiłem !!!

Veni vidi vici, synuuuu.

Standardowe pytanie "ile masz lat?" zawsze jest motorkiem napędzającym całą lawinę złotych myśli dzieciaków. Tak było i tym razem.
- Ile masz lat, Kuba?
- Noooo.. cztery.. a mój tata ma czterdzieści trzy..
- Oo, to tak jak mój.
- Każdy tata ma czterdzieści trzy... Idealny kandydat zawsze tyle ma!

Chłopaki, pamiętajcie.

- A wie pani, że ja mam na imię Kuba? Jest wiele Kubów na świecie.. ja mam kolegę Kubę! I on też lubi psikuskować jak ja..! Ja nawet w nocy jestem wesoły !

Niedługo potem do Kuby dołączył na plac Marcin. Już od wejścia radośnie podskakiwał, a kiedy widział już, jak mama oddala się w przeciwnym kierunku, natychmiast przybiegł do mnie i unosząc rączki do góry, krzyknął :

- Wyprałem żółtą szmatkę !!! Ja wyprałem dużo rzeczy !!!

Warto również wspomnieć, że zanim mama zdjęła Macinowi buciki, podszedł do niej Kuba, mówiąc :
- Dzień dobry pani. Czy umówiliście się, kto ma rację ?

I nigdy nie dowiemy się, co miał na myśli. Nigdy też nie dowiemy się, kto ma rację.

Chłopcy siedzieli na placu nieco ponad godzinę, w tym czasie zdążyło już zagościć tu parę innych dzieci. Co jak co, ale Kuba jest moim mistrzem wymyślania zabaw. W pewnym momencie odciął się od reszty grupki, zaczął skakać, nerwowo się obracać, jakby przed kimś uciekał i kryć się w różne miejsca. Zaciekawiona zapytałam :

- Kubuś.. co ty słonko robisz?
- Ja się bawię w chowanego sam ze sobą !

Kiedy już skończył swoją zabawę pełną nieoczekiwanych i nieprzewidzianych zwrotów akcji, usiadł na podłodze, zdjął ze stopy skarpetkę i wywijając nią na wszystkie strony, zaczął krzyczeć :
- Zapraszam do szkoły ! Zapraszam do szkoły ! Mam nową naukę !!
Widząc brak zainteresowania ze strony dzieciaków, na chwilę przestał wywijać skarpetką, usiadł w zamyśleniu, ale po chwili znów zaczął to czynić, tym razem kusząc inną zabawą :
- Zapraszam do niczego!

Niestety i ta zabawa nie zyskała zbytniej popularności, więc porzucił swe pomysły i zdał się na wyobraźnię innych. Wszedł na drugie pięterko placu, gdzie zaczepił go Michał (4) :

- Może pobawimy się w osoby ??? Albo w ludzi ??

Michał, nie rób mi tego. Nie daj się pochłonąc przez świat dorosłych. Błagam.

Ostatecznie oboje zdecydowali się bawić w potwory, biegali po placu rycząc na siebie i biegając w zwolnionym tempie, co robili naprawdę genialnie. Krzyczy Kuba :
- Jestem kotem zła ! - po czym w zwolnionym tempie wyciąga pięść przed nos Michała. Michał w zwolnionym tempie odlatuje do tyłu i mówi - również w zwolnionym tempie :
- Uważaaaaaj suuuperpotworuuuuu....!

Minęło już dużo czasu, dzieciaki były wyraźnie zmęczone. Powoli wypatrywały swoich rodziców.. z góry słyszę dialog jakiejś dziewczynki z chłopcem. Dziewczynka wgniata buzię w siatkę tak, że wygląda jak mały baleronik i mówi ze smutkiem do któregoś z chłopców :
- Gdzie są moi rodzice...
Na co chłopczyk ustawia się tuż obok również wgniatając główkę w siatkę i tym samym, jeszcze smutniejszym tonem, odpowiada :
- Zostawili nas tu na śmierć, prawda...?

Dziś usłyszałam alternatywną wersję stwierdzenia oznaczającego, że dziecko chce iść do toalety. Mianowicie :
- Ja chcę siusiumajtka.....

Bardzo interesującym zjawiskiem była sytuacja, gdy podbiega do mnie Antoś (3) i szepcząc mi do ucha cichutko, cichuteńko :
- Pan robi kupę w majciochy ! Wszyscy robimy w majciochy !

Hm... chwalisz się, czy żalisz? ;)))

Przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja, mająca miejsce jakiś tydzień temu. Na materacu siedziały dwie dziewczynki, ale nie mogę przypomnieć sobie imion. Widać było, że całe zlane potem po zabawie, ale widziałam też, że to im nie wystarcza... Oczka mają rozbiegane, obie złapały zadyszkę. Jedna pyta drugiej :
- To w co się bawimy???
Ta druga wpatrzona jest w ozdoby świąteczne dookoła, nagle zauważa tabliczkę na drzwiach i próbuje się doczytać, co na niej widnieje. W końcu doczytuje się powoli :
- "W..w.. wyjście ewakuacyjne.."
Na co pierwsza dziewczynka :
- Okej, a jak się w to bawi ???

Dobranoc.!

skomentuj (54)

no to pouciekane 2008-11-28 01:19:02

Troszkę się zastałam w sobie, to przez tę pogodę... To wszystko przez nią. Kiedy próbowałam wejść do centrum handlowego przez rozsuwane drzwi, nie zauważając jednak, iż czujnik mnie nie zauważył, drzwi się nie otwierają, a ja mimo to prę do przodu, wpadam na szybę i wybijam sobie palec- to też przez pogodę. Wczoraj dowiedziałam się, że czujnik ten wyczuwa ludzi od metra szcześćdziesiąt. No cóż, trzeba było słuchać rodziców, kiedy mówili "jedz, bo nie urośniesz".

 Ale do rzeczy. 
 Sorry, ale nie mogę się zebrać w sobie, bo ciągle mam przed oczami Nikolę (tę z początku poprzedniej notki), która ma na głowie dwa warkocze i podciąga sobie różowe rajstopy prawie że pod szyję upychając w nie sweter, mówiąc :

 - Chowam, nie?

 Ok. Se chowaj, ja?
 Kawał chłopa z tej Nikoli.

 Zawsze martwiłam się, że wyglądam bardzo młodo, ale Kacper podtrzymał mnie na duchu, naprawdę.
 - Ile masz latek, Kacper?
 - Cztery, a ty?
 - Dwadzieścia
 - Ooo a moja babcia też tyle miała jak umarła, ale udało jej się zmartwychwstać.

 Z Kacprem spędziłam ostatnio cały poranek, próbując go czymś zająć, bo po 30 minutach rozmowy z nim wysiadł mi mózg. On jednak nie dawał za wygraną, więc zaproponowałam mu rysowanie. Myślałam, że zatopi się w tej czynności i zapomni o czymś takim jak gadanie, ale ten pomysł pogrążył mnie do reszty.

 - A wie pani, że ja zawsze czasem nie lubię mieć trochę otwartych oczu?

 Potem odwiedził mnie pan ochroniarz Ł., z którym nawiązywałam dialog, nadal naiwnie wierząc, że Kacper zajmie się sobą. Opowiadałam Łukaszowi o kolesiu, który położył się na łóżku, zwinął się w kulkę i poszedł spać (wyrwane z kontekstu historii, to nieistotne, o co chodziło ;)). Nagle Kacper podniósł głowę znad kartki :

 - Nie da się zrobić kolesia w kulkę.
 - Dlaczego?
 - Bo tylko ze śniegu da się zrobić kulkę.

 Następnie znów zabrał się do rysowania i widząc moje zainteresowanie rysunkiem, pyta :
 - Ładnie kororuję? Pokororuję na kororowo!

 Łukasz już chyba też nie wytrzymał tych emocji i stwierdził, że jednak woli iść robić to, co do niego należy. Ja walczyłam dalej. Kacper zastanawiał się, czemu trzeba zdjąć buty, by wejść na plac i czy nie lepiej byłoby, gdyby dzieci przynosiły zmienne obuwie. Tłumaczę mu, że to być może byłoby dobre rozwiązanie, gdyby dzieci je przynosiły.

 - A wszystki dzieci przyniosają?
 - Tak, Kacper, dokładnie tak, jak mówisz- przyniosają.

 No co. Niech rodzice ich poprawiają ;). Dzieci czasem mają także problemy z odróżnieniem "jutro" od "wczoraj". A może są po prostu prorokami. Mówi Roksana :

 - A wie pani, że jutro zjechałam 2 razy ze zjeżdżalni?

 Roksana przez ostatnie dni naprawdę często przychodziła na plac, przebywając tu po kilka godzin. Kiedy po bardzo długim czasie przyszła odebrać ją mama, jej ciągle było mało. Mama załamała ręce i powiedziała do stojącej przed nią Roksi :
 - Roksanka, niedługo będę musiała wziąć pożyczkę, żeby cię tu przyprowadzać...
 Roksana widocznie uznała to za dobre rozwiązanie, bo momentalnie zerwała się i radośnie podskakując rzuciła w biegu :
 - Dobra! 
 Po czym kontynuowała zabawę.

 Za każdym razem, gdy przychodzi Roksana, muszę nadążać z zapisywaniem jej złotych myśli. Jednego dnia zgubiłam moją kartkę z zapiskami i mówię pod nosem:
 - Kurcze, gdzie jest ta kartka...
 Na co Roksana zarzuciła dżołkiem :
 - Tu !!!!
 - Gdzie?
 - A w dupie! - rzekła rozbawiona

 Kiedy próbowałam jej wytłumaczyć, że "dupa" to nieładne słowo i by go nie używała, ta się skrzywiła, zrobiła sfrustrowaną minkę i odparła :

 - Jaaaak się wkuuurzę... to wylecisz za świat !  

lub

- Bo jak cię zaraz walnę w ten cyceczek... !

 Fenomenem jest także Maja. Ma bodajże 5 lat, ładna i urocza dziewczynka, do reszty pochłonięta swoim hobby- dinozaurami. Z relacji jej taty wynika, że w jej pokoju nie ma nic poza dinozaurami i samochodami. Ciekawym jest też fakt, że Maja najpewniej zareaguje, gdy powie się do niej "Tyranozaurze!", a nie "Maju!".. Ostatnio miała miejsce sytuacja, gdy jedna z mam zadzwoniła do nas, bo jej córeczka ponoć zostawiła tu swój piórnik. Zaczęłyśmy poszukiwania, kiedy to Maja nie wiedzieć czemu, krzyknęła :
 - Ja znajdę ! Jestem mp3 wąchot !!!!!

 [?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?]

 Maja :
 - Proszę pani, chłopcy mówią, że jestem dinozaur kupka! - powiedziała nie kryjąc swej.. radości? Naprawdę, była szczerze uśmiechnięta wypowiadając te słowa. 

 Mniej uśmiechnięty był pięcioletni Eryk, który został wręcz zmuszony do bawienia się u nas. Strasznie blady, pochorowany, przez cały czas leżał na materacu. Postanowiłam umilić mu leżakowanie i trochę pozagajać.
 - Ciągle mi zimno - mówi - ciągle mi zimno, nawet jak mi ciepło.
 - Bo ty chory jesteś Eryk, do lekarza a nie na plac zabaw...
 Na co Eryk momentalnie się zrywa i z wypiekami na twarzy rzecze :
 - COOOO ?!?!?! KURDE !! To ja już wolę umierać w męczarniach !!!

 Na szczęście rzadko występują sytuacje, kiedy dzieci nie chcą się bawić. Zazwyczaj tryskają energią i radością, raz po raz wymyślając sobie zabawy.
 Patryk (3) pyta Zuzi (4)
 - To gdzie teraz idziemy, co????
 - No do lasu ! Tam, gdzie rośnie miód !

 Czasem jest tak, że dzieci zwierzają nam się z najskrytszych sekretów zakamarków ich życia. Tak jak czteroletni Michał :
 - A wie pani.. że ja mam w domu.. śmierdzący oddech?
 - Tak? I co on robi ?
 - No.. śmierdzi... 

 Dziś pod koniec dnia, odwiedził nas Kubuś. Nie mógł się jednak zdecydować, czy chce zostać, czy może już wyjść.. stanął na materacu i chwytając się za głowę, mówi jak furiat :
 - Oszaleję ! Totalnie oszaleję ! Życie to taka zagadka !
 Po kilku sekundach stanął zamyślony i by dokończyć spójną wypowiedź, rzekł :
 - Bardzo lubię kolor zielony, taki jak rajtuzy taty.

 ... I mam nadzieję, że się przesłyszałam.

 Dobranoc.


skomentuj (27)

autopodobizna 2008-11-22 13:16:51

(Nie wiem, czy ja mieszkam na jakiejś wsi, ale u wszystkich śnieg pada, a u mnie poza pizgatorium tylko śmieci fruwają w powietrzu...)


Nikola, lat 5, z twarzy trochę wygląda jak buldog ;), wiejska baba, głos drecha i typowy agresor. Mówi po śląsku i skarży się, że "ona to nie ma w domu dewedi [DVD], bo ma za małą półkę, nieee?".
Pola, lat 5, ładna blondyneczka, bardzo żywa, ogólnie luzówka do wszystkiego i zapędy polityczne.
Dziewczyny popadły w konflikt, który sprowokała Nikola, twierdząc, że Pola na nią rycy. Nie ryczy, jeno rycy ! Zwołuję je na sam dół, bo chcę doprowadzić do rozejmu. Przychodzą, więc pytam :

- Co to za kłótnie, dziewczyny? Dlaczego się kłócicie?
Naturalnie za każdym razem mam w sercu iskierkę nadzieji, że usłyszę : "pokłóciłyśmy się o to, że..", lub chociaż : "Bo ona jest głupia", ale niestety. Nikola mogłaby się spinkąć z Frankiem, bo mają podobne metody odwracania uwagi :
- A ja mam tu takiego kanarka na swetrze, ja? - mówi z niezrozumiałą dla mnie wściekłością i w ułamku sekundy zastanawiam się, czy się roześmiać, czy też może mam już wpierdol. 
Pola, dla kontrastu, chwiejąc się na nóżkach i szczerząc się równie niezrozumiale, nagle bierze oddech i wygłasza :
- Ja niedługo tu będę rządziła !! Tą całą planetą, tym całym krajem, będę mistrzem Shang [sic!] !! Tak, ja będę miała wielką gitarę i będę na niej grała bam !! bam !! bam !! I będę miała taki wielki mikrofon, żeby mnie wszyscy usłyszeli na tej planecie i jak coś powiem, to ten dźwięk będzie oznaczał, że dziś jestem burmistrzem i że będę burmistrzem na zawsze !!

Konflikt poszedł w niepamięć, gdyż Nikola posmarkała się ze śmiechu usłyszawszy przemówienie Poli.
Ta jednak nie zaprzestała na jednym...

- A ja się zamienię w taki przedmiot i polecę do góry i spadnę na dół i rozbiję szybę i polecę w kosmos na planetę Kubusia Puchatka! I będę tam nocować całą wieczność i będę mieszkać na kosmosie!! To nie są żarty! Ja będę burmistrzem...

Nie nadążałam z zapisywaniem na bieżąco wywodów tej małej, ale udało mi się zarejestrować jeszcze jedno.

- A mój tata jest bogaty, bo kupił kiedyś w banku tysiąc, milion i sto pięć tysięcy pieniędzy !! I teraz nam się w domu nie mieszczą te PIENIĘDZE!

Oczywiście kiedy przyszła mama Poli, przyznałam, że ma córkę-burmistrza i ma ona plan opanowania świata swoją władzą.
- Tak, ona ma takie zapędy.. Skąd ty to sobie, Pola, wymyśliłaś? Z bajki jakiejś?
- No co ty.. przecież mam swój własny rozum..

Pamiętacie Radka od poligonu? 
Owszem, robiło się w dzieciństwie głupie rzeczy. A to się prawie pod tir wpadło, a to się chciało z okna skoczyć z nadzieją, że wyrosną skrzydła jak w kreskówkach, a to się zjeżdżało z górki na łyżwach czy niechcący potruło kury na wsi trutką na szczury.. Ale przysięgam, że nigdy nie zdarzyło mi się nikogo ugryźć w nogę. Radkowi się zdarzyło. 
Na szczęście całą wściekłość rekompensowała Roksana, która ponownie przyszła na plac. 
To dziecko jest przeurocze. Trudno spamiętać wszystkie genialne i nieprzeciętnie bystre teksty tej dziewczynki. 
Rysowałyśmy sobie serduszka- ja kolorowałam jej, a ona moje. Trwało to dosyć długo, czułam się już trochę znużona i mówię do Roksany :

- Niieeee... ja już nie mam siły.
Jej odpowiedź sprawiła, że nie mogłam przestać się śmiać. Mówi, poważnie, nie odrywając wzroku od kartki :
- Ach, przestań Karolina, bo cię zaraz wyrzucę.. wszystkich stąd zaraz wyrzucę i będę miała cały plac dla siebie!

Następnie kontynuowałyśmy rysowanie, Aga komentowała nasze dzieła. Rzekła coś na temat tła na moim rysunku, już dobrze nie pamiętam, co, ale wynikało z tego, że coś było nie tak. Roksi spuentowała sytuację bezbłędnie i trafnie jak zawsze. Jak zawsze też skreślając moją osobę ;) :

- Bo ona nic nie umie... Karolina nic się nie nauczyła...

Oczywiście następnego dnia znowu przyszła do nas, trochę właziła mi na głowę, to jednak trochę rozpieszczone dziecko, ale i tak niesamowicie pocieszne.
- Roksanka, nie wolno zjeżdżać po zjeżdżalni, przecież wiesz o tym doskonale, prawda?
Dziewczynka sprowadziła mnie na ziemię swoją, jak zwykle, rozbrajającą szczerością, kręcąc pogardliwie głową :
- Boże, Karolina, jak ty coś powiesz... szkoda gadać.. gadasz i gadasz.. dorośnij Karolina.

- Roksana! Nie wspinaj się po zjeżdżalni... ile ci trzeba powtarzać?
- Nie no, Karolina, zaraz się zesram... - po czym zaczęła się bardzo intensywnie śmiać
Nie bardzo wiem, co ją tak rozbawiło, no ale uśmiała się po pachy. Ja trochę mniej, bo podczas gonitwy za nią, zdarłam sobie łokieć i mówię udając zdenerwowanie : 
- Widzisz Roksi? Przez ciebie obdarłam sobie rękę!
Roksana wstała, schowała się pod zjeżdżalnię i siedziała tam długi czas. W końcu zainteresowało mnie, co jest tego powodem. Kiedy weszłam do środka, Roksi płakała, a gdy spytałam dlaczego, odpowiedziała :
- Karolina, bo ja ciebie naprawdę lubię.. nooo.. i nie chciałam ci obedrzeć ręki... aaa poza tym chcę się bawić w kucyki.. a nie mam z kiiiiim...
- Ja się mogę z tobą pobawić - powiedziałam, natychmiast przywracając uśmiech na jej twarzy
- No coooo tyyyyy... ty jesteś za długa na konia... a ja chcę się bawić w małe kucyki, a nie kucyki-mutanty.

Ooo dziękuję. To mi pochlebia.

Na plac często przychodzą starsze dzieci, którym bardzo zależy na tym, żeby wejść do środka, mimo iż mają więcej niż regulaminowe siedem lat. Próbują różnych argumentów mających przekonać mnie do tego, że są idealnymi kandydatami. Czasem sięgając po najbardziej zaskakujące :

- A wpuściłaby pani mydełko? Wpuściłaby pani! W czym ja jestem gorsza od mydełka?

Przypomniała mi się jeszcze jedna sytuacja. Pewnego razu na placu panowała straszna anarchia, co w końcu doprowadziło do tego, że jakieś dziecko bodajże uderzyło się w głowę i zaczęło żałośnie płakać. Oczywiście jednym z przodujących łobuzerów był mały Franek, który ujrzawszy płaczące dziecko, najwidoczniej chciał podnieść je na duchu..

- No jus nie płac. Nic się nie stało. - mówi łagodnie - Słysys ? Nie płac jus ! - mówi trochę głośniej ! - Słysys co do ciebie mówię !! Nie płac !! - krzyczy, ku jeszcze większemu przerażeniu dziecka - NO NIE PŁAC !! NO PSESTAŃ PŁAKAĆ !! PSESTAŃ TY BEKSO !!!..

... ale liczą się dobre intencje.

Na zakończenie dnia mała Martusia uraczyła mnie swoją opowieścią z krypty :
- Proszę paniiiiii a jak mama i tata idą spać, to zamykają drzwi do siebie, żebym nie widziała jak się biją na łóżku..

Nie, nie, nieeee ! Nie każ mi sobie tego wyobrażać! Ja tym ludziom muszę w oczy patrzeć !

Miłego dnia.


skomentuj (2)

wyjścia brak 2008-11-18 23:01:42

Pomijając jednego rasistowskiego kutacha, który zjawił się pod koniec pełnienia mojej funkcji w pracy (łachy żeś nie zrobił, żeś tu dziecko zostawił), dzisiejszy dzień pełen był radości, wzruszeń i absurdu oczywiście. 
Pierwszą radością, wzruszeniem i absurdem był moment, kiedy otworzyłam zaspane oczy, spojrzałam na wyświetlacz komórki i ujrzałam godzinę wskazującą moment mojej śmierci - 9:47. I teraz wykombinuj tu, jak w 13 minut dotrzeć do pracy, do której sam dojazd zajmuje ponad godzinę, nie mówiąc już o party przed lustrem, co trwa dwa razy dłużej. O Jezu, jak ciężko namalować w samochodzie kreskę eyelinerem. Ale da się. 10:10 - jestem w pracy. A imię jej Terminator.
Niektóre dzieciaki są naprawdę czarujące.
Roksana znów "bała się" zjechać ze zjeżdżalni, przy okazji musiałam rozwiązywać konflikt pomiędzy nią, a Olą (która wygląda jak Björk! naprawdę! kocham Cię Ola), ale na szczęście udało się. Dowiedziałyśmy się z Agą, że Roksi ma jutro jakąś imprezę przedszkolną i Roksana została mianowana Smerfem Leniuchem. Pyta Aga :

- Kto cię wybrał do bycia Leniuchem?
- Nikt.. ja po prostu pełnię taką funkcję.

Przyszedł też Franek! Franek to jeden z moich ulubieńców, ma 4 lata, fajnie ubranych rodziców, i jest mistrzem odwracania uwagi od swoich występków. Krzyczę :
- Franek! Co ja do ciebie mówię? Nie pluj na podłogę!
- Aaa ja mam taką białą bluzeeeckę!
Franek zawsze ma białą bluzeczkę, nawet jak ma żółtą bluzeczkę, to i tak ma białą, byleby tylko zapomnieć o tym, że właśnie coś nabroił.

Z samego rana zawitały dwie dziewczynki. Jedna - Agnieszka, druga, nieco młodsza, Ola. 
Agnieszka bardzo dobrze wychowana panienka, Ola, nie bardzo wiem, jaka, ale kiedy strugałam kredki, bardzo nalegała, bym "naśmieciła jej do rączek", więc pewnie wyrośnie na punkówę.
Agnieszka chwali się, że przyjechała tu prosto z przedszkola. Pytam więc, gdzie mieszka i chodzi do przedszkola.
- Mieszkam w takim duuużym mieście, w Gliwicach. To całkiem daleko, powiedziałabym nawet, że bardzo blisko. 
No baa. To jest bardzo różowe, prawie tak żółte jak czerń. Zwracam się więc do Oli :
- A ty, gdzie mieszkasz, słonko? W Katowicach? Gliwicach?
Ola patrzy na mnie, zaczyna grzebać butem w podłodze i trochę zawstydzona szepcze :
- Nie.. w domku....

Następnie rozwijam dyskusję pytaniem o wiek, Agnieszka chwali się, że ma już pięć latek i urodziny w lutym. Ola dodaje, że ma trzy latka, a urodziny ma dzisiaj. Nie bardzo chciało mi się w to wierzyć, więc mówię :
- Oooj, ty mały kłamczuszku, ktoś tu oszukuuuje...
Z placu odzywa się Agnieszka :
- Ja na pewno nie oszukuję. Ja na pewno się urodziłam. Przy narodzinach straciłam pępek- oto wielka tajemnica wiary!

Nie wiem, czy wszyscy się z tym zgadzają, ale z pewnością tak.

Nie wszystkie dzieci są jednak urocze. 
Ale tak to jest, kiedy dwóch facetów chce iść na piwo i uwolnić się od dziecka choćby na godzinę, na chama wciskając go na plac. Nasłuchałam się już argumentacji typu : "idź się pobawić, jak skończysz, to pójdziemy na frytki", ale żeby dziecko namawiać słowami : "Radziu.. idź! Tam jest poligon wojskowy, karabin dostaniesz...". Co jak co, ale żeby dziecko dało się za sprawą tych słów namówić! Radzia udało się namówić, ale niegrzeczny był jak sam skurrrrr, i w dodatku nie mogę wymazać z pamięci jego zasmarkanego kinola. Chłopiec w ogóle nie słuchał naszych rozkazów, ciągnął innych chłopców za nogi i siadał na nich. W końcu jeden z nich nie wytrzymał :

- Zostaw mnie! Ty głuptasie jeden! Bo powiem do ciebie : "ty klocu jeden"!
- To mów!
- Ty klocu jeden !!!!

Radziu chce w przyszłości być żołnierzem. 
Normalnie pytamy dzieciaków, gdzie chodzą do przedszkola, czy potrafią czytać, a nie :
- Umiesz robić pompki?
Ale w tym przypadku to pytanie z ust Agi było naprawdę uzasadnione.
Myślę, że gdybyśmy zapytały chociażby : "ile kolesiom już skroiłeś komórę?", "kiedy melanż na ośce?", również byłoby to uzasadnione, bo po takim dziecku od razu widać, że od najmłodszych lat ciągnie go do dresiwa i warzyw, szczególnie buraków.

Miłym akcentem dzisiejszego dnia była także solidarność w bawieniu się w to samo :

- Kto się bawi w pieska, kotka i myszkę?
- JA !!!!! JA CHCĘ BYĆ LWEM!
- JA !!!!! JA CHCĘ BYĆ KULOPŁOTEM !!!! 
- JA !!!!! CHCĘ BYĆ WASZĄ CÓRECZKĄ !!!

Chwyćmy się wszyscy za ręce i nie myślmy o wojnach i głodzie na świecie, o smutku i bólu. Nie myślmy też o  dziecku spłodzonym z miłości lwa i kulopłotu. Po prostu chwyćmy się za ręce i dziękujmy za tę miłość.

Dobranoc.

Ps : "Radku. Podziękuj pani za poligon"

skomentuj (7)

BĄDŹ SILNA! JAK WIATER * 2008-11-18 00:13:14

Witajcie, słitaśne cuksy! 
Dwie godzinki temu wróciłam ze świata bajki i teraz to Was do niego zapraszam. 

- Ja już tu byłam jeden raz!
- Jeden?
- Tak, to znaczy teraz jestem szósty... yyy.. przepraszam- siedemnasty! Pomyłka! Tysięczny!

Muszę się pochwalić, że stałam się dzisiaj Infantylną Bambi, to za sprawą bardzo infantylnej zabawy, której podjęłam się z Agą. Nie każdy jest odpowiednim kandydatem do zabawy ze mną, ale zapewniam, że Aga spełnia wszystkie kryteria i doskonale wczuwa się w rolę nakręcanego konia Stanisława, który jest studentem i godzi się przewieźć do Rzeszowa jelonka Bambi po zmianie płci. 
No cóż, każdy dzień uczy człowieka czegoś nowego i wartościowego.
Dzisiaj zrozumiałam, że to jednak nie ja i Aga jesteśmy mistrzyniami wymyślania fajnych zabaw. To trochę bolesny wniosek...

Dziś na placu około dziewiętnastej została trójka dzieci- Mikołaj, Hugo (o Dżizas, no comment) i, o ile dobrze pamiętam, Dominika. Zajęłam się sobą, bo dzieciaki bawiły się grzecznie, ale kiedy już znudziło mi się zajmowanie sobą, podeszłam do Hugo (Huga? Nie no, bez jaj, tego się chyba nie odmienia..) i Dominiki, by dowiedzieć się, w co się bawią. Najczęściej chyba dzieci bawią się w dom, co pozostaje niezmienne od pokoleń, ale tym razem było to coś dużo wymyślniejszego. Rzecz jasna, standartowe pytanie :

- W co się bawicie?
Po usłyszeniu odpowiedzi myślałam, że się przesłyszałam, ale była to zbyt życiowa odpowiedź, bym mogła się mylić. Dominika odpowiada :
- W pieski. On jest zwykłym psem, a ja królową wszystkiego.

No dobrze. Pozdrowienia.

Sytuacją zaciekawił się Mikołaj, gdzieś z końca placu pytając mnie :
- W co oni się bawią?
- W pieski- może pobawisz się z nimi? [Ale i tak będziesz tylko zwykłym psem- przyp. redakcja]
- Nie, ja wolę bawić się sam. 
- Sam? I w co się pobawisz?
W tym momencie dziecko ma u mnie +1000 do kreatywności. Ale trochę się boję o niego. Może Bóg da mu jeszcze jedną szansę.
- W PAJĄKA ARYJSKIEGO

Po pewnym czasie Mikołaj przychodzi do mnie i oznajmia :
- Ja już się skończyłem bawić w pająka aryjskiego. Mogę się teraz pobawić w niedźwiedzia grodzkiego?
I co mam dziecku powiedzieć? "Dobrze, idź kochanie, a ja schowam się w kąciku i cichutko szlochając, odmówię za ciebie różaniec"? 
- Jasne.. A nie wolałbyś pobawić się jednak z Hugo [Hugiem? Eeee... - dop. redakcja] i Dominiką?
W tym momencie Mikołaj formuje twarz w grymas. Pełen wyższości i współczucia zarazem. Grymas ten wręcz mówił sam za siebie : "sory mała, ale ja reprezentuję coś więcej" :
- Wiesz co.... dzięki...

A tak wracając do psów- nie wiem, o co chodzi, może to jakiś światowy dzień zabawy w psy, a może to rodzaj zboczenia, ale godzinę później jeden chłopiec żalił się swojej mamie przy wyjściu :
- Mamusiu, bo ona myśli, że jest psem, a to ja jestem psem !

Dalej chłopcze, dalej ! Walcz! .. Jak pies.

A skoro już mowa o gotowaniu ;), pewien młodzieniec dziś pochwalił się swoimi umiejętnościami :
- Proszę pani, a ja oglądałem "Gotowanie z Luisem" !!!
- Poważnie..? [A co to kurde jest? - dop. redakcja] I czego się nauczyłeś?
- No gotowania...
- I co umiesz ugotować?
- Yyyy jajko ?
- Yyyy, a na miękko czy na twardo?
- Na miękko- takie sadzone.

Faceci. Na pewno nie odróżnia też spódniczki od sukienki ani rzęs od brwi i za parę lat powie swojej dziewczynie : "Ooo ale masz długie i podkręcone brwi!". Wiem, co mówię. To będzie nieszczęśliwa miłość. Ja bym zerwała.

Jakie znacie magiczne sztuczki? Wyciąganie królika z kapelusza? Jakieś triki z kartami? Jezu, Wy nie znacie życia. Naprawdę. Dziś respekt wzbudzają inne rzeczy.
Pytam Jadwigi (o_O), która siedzi samotnie na "mostku" :
- Pójdziesz z nimi na zjeżdżalnię? 
- Nie, bo ja się boję tej zjeżdżalni, bo zawsze jak jestem, to jest Dominik i on mnie oczy różnych magicznch sztuczek!
- Jakich na przykład?
- Na przykład nauczył mnie bekania!

Eeee, gyal, to serio szacun dla Ciebie. Idź do "Mam talent".  Małgorzata Foremniak na pewno się wzruszy.

Od dzieciaków można się nauczyć wielu rzeczy. Pomiajając bekanie, bo to dla mnie czarna magia, jest jeszcze bycie konretną osobą i oszczędną w słowach, ale to bardzo. 
Mikołaj chwali się :
- Proszę pani. a my się bawimy w zamek!
- A na czym to polega?
- Na tym to polega!

No powiedzmy, że zająłeś drugie miejsce w kategorii konkretności, ale przebiła cię Ania, która odkąd przyszła na plac zabaw, chwaliła się, że w przedszkolu uczy się angielskiego. Tak się zmęczyła gadaniem, że nie starczyło jej sił na zabawę i po paru minutach przychodzi do mnie, mówiąc :
- Proszę pani, ja już nie chcę się bawić....
Chcąc nawiązać z nią nić porozumienia, zarzucam moją angielszczyzną :
- Łaj?
Boże- co ja sobie myślałam? Czego oczekiwałam? Kim się stałam?
- Bikoz.

Pamiętacie moją refleksję na temat wymyślnych imion? O ile rozumiem ostatecznie, że można dziecko nazwać Pagan (choć z paragonem mi się kojarzy), bo dziewczynka jest Francuzką.. Wiktoria i Wanessa, bo dzieci mają dzianych rodziców i chcą dać dziewczynkom namiastkę wenezuelskiej telenoweli.. Hugo, bo.. ??? Dobra, tego akurat nie rozumiem... Tak jeszcze bardziej nie rozumiem, skąd ktoś wytrzasnął imię "Damaris".. 
Dziś pusiket o imieniu Damaris zagościła w naszym królestwie. Była przesłodka! 
Jadła kozy z nosa, mieliła w buzi swojego warkocza.

I kiedy już myślałam, że nic nie może wydrzeć z mojej głowy okruszków, które niegdyś stanowiły spójną całość, jeden wielki (dobra, trochę popłynęłam...) kawałek mózgu, okruszki owe pożarła doszczętnie Marta. Dziewczynka co chwilę dopytywała się, kiedy pójdzie do domu, oczywiście standardowy tekst- choćby dziecko miało gnić tu do starości, odpowiadam :
- Tatuś za chwilę po ciebie przyjdzie.
Mogłam powiedzieć "mamusia".. co mnie podkusiło, żeby "tatuś"...
- To nie jest mój tata, tylko kolega mamy. To znaczy kochanek. A tata montuje lustro u babci Gosi, chociaż ma przepuklinę.

Dobranoc.

 

* tytuł notki zaczerpnięty z smsa od K.

skomentuj (3)

dooo wiii dzeee niaaa 2008-11-15 15:33:30

Jeśli ktoś obserwuje komentarze, które w większości spłodziła Aga ;), ten wie, kim Jacenty Mrówka jest... to nie przelewki, moi drodzy, według jednego z naszych ulubieńców, Kuby, faraonowie, którzy UMARLĄ (nie mówi się "umrą", co wy do szkoły nie chodziliście? ;)), są mumiami. A skąd Kuba to wie?- Bo Jacenty Mrówka mu powiedział. Nie wiem, kim J.M jest, ale google też nie wiedzą, więc czuję się usprawiedliwiona.
Niestety nie zagościłam dziś w pracy, byłam za to na gównianych wykładach z demografii, na których nie było śmieszne, może dlatego, że nikt się nie zsikał, nikt nie chciał piciu ani nikogo nie musiałam upominać, żeby nie wchodził na zjeżdżalnię po zjeżdżalni. 
Myślę jednak, że to najlepszy moment, żeby umieścić tu jeszcze parę tekstów spisanych już jakiś czas temu. 

Podchodzi do mnie Ola, mała, słodka dziewczynka i zaskakuje mnie poziomem swojego pytania :
- Przepraszam, czy pani jest z rodziny wiewiórkowatych???
Nie wiem, czy to mi się śni, czy po prostu za mocno uderzyłam się w głowę, ale mówię :
- No.. nie wiem, Olu.. a dlaczego tak myślisz?
Ola trochę się zawstydza i nieśmiało zerkając na moje włosy, odpowiada :
- No.. bo wiewiórki mają.. taką.. sierść?
W ten właśnie sposób stałam się Panią Ciocią Wiewiórką i przestaje mnie dziwić, kiedy odbieram telefon od któregoś z moich znajomych i nie słyszę : "Cześć Karolina"/"Cześć Janusz", ale "Pani Ciociuu Wiewiórkoooo..."

Ogólnie rzecz biorąc, dzieci są mistrzami świata w wymyślaniu mi pseudonimów artystycznych, jak już wspomniałam w ostatniej notce, jestem Małą Kupeczką, co naprawdę mi bardzo pochlebia oczywiście.
Pewnego dnia, wieczorem, na placu było wesoło jak nigdy. Może to za sprawą Kuby, o którym mowa na początku. To strasznie fajny, inteligentny i dobrze wychowany chłopczyk, myślę, że jak dorośnie, będzie świetnym facetem i na pewno dżentelmenem. Zatem, na placu jest wesoło i energicznie, w pewnym momencie zachowanie Kuby wymyka mi się pod kontroli, bo zaczyna na mnie wskakiwać, całować mnie i zaczepiać. Potem położył się na materacu i zaczyna się po nim tarzać. Ostrzegam go, że materac jest brudny i żeby się trochę ogarnął. Kuba nie słucha. Stwierdziłam, że nie mam już siły udawać groźnej pani i mówię : "Nie to nie !!!! Obraziłam się !!!!", odwracam się do niego tyłem, opieram głowę o konstrukcję, chowam twarz w dłoniach i udaję, że płaczę. Kuba jest prawdziwie rozbawiony, zaczyna się bardzo intensywnie śmiać, podskakuje i zaczyna krzyczeć : "Pani beksalala!!!!!".. motyw podchwytują też inne dzieci i wtem słyszę radosny śpiew ósemki dzieci : "Beksalala w kącie stałaaaaa!!!"... Może niekoniecznie o to mi chodziło.. ale fakt faktem.. Kuba przestał się tarzać po materacu ;)

Prawdę mówiąc, do dzieci często pewne rzeczy nie docierają, jak już z Agą stwierdziłyśmy, jednemu powie się raz i posłucha, a innym razem powiesz dziecku :
- Nie wolno stawać na piłkach, wiesz o tym- prawda?
I usłyszysz odpowiedź :
- No.. i co? Mam to w dupie..

Jednym z moich ulubionych motywów jest ten, kiedy dzieciaki zaczynają się bawić w dżunglę czy coś takiego. Robią to często, tak jak zabawa w dom, w kotki itd. Jednego wieczoru maluchy właśnie bawiły się w dżunglę, umawiając się, że  nie będą wchodzić na drugie piętro placu, bo tam są dzikie zwierzęta. Pilnie przestrzegają swojej umowy, aż do czasu, kiedy przyjmuję na plac nowego chłopca, który nie wiedząc co to za zabawa, ładuje się na drugie piętro. Dzieciaki są tak zaangażowane w zabawę, że widząc to, na ich twarzach maluje się przerażenie. Ostrzegają go :
- Nie wchodź taaaam !!!! Tam są dzikie zwierzęta!! Lwy i tygrysy!! 
Chłopiec nie bardzo wie, co jest grane, ale postanawia mimo to zrobić po swojemu i idzie na górę. Dzieci łapią się za głowy. Chłopiec jest już na górze i zaczyna rozglądać się nerwowo i dostrzegając, że teren jest pusty, mówi z tą samą nerwowością :
- Tu nie ma żadnych dzikich zwierząt!!! Żadnych lwów ani tygrysów!!! Czuję się wychujany!!

Jakbym usłyszała takie coś od mojego dziecka, to bym je chyba wychłostała rzemieniami! ;) Ale ten przypadek sprawił, że powiększyła się moja rozwartość ust podczas robienia tej " :o " miny...

Wkrótce na blogu umieszczę także rysunki dzieciaków, kiedy tylko zeskanuję je wszystkie.
Ale a propos rysowania... Ostatnio rysowała u nas może 5 letnia dziewczynka, imienia nie pamiętam, ale zdaje się, że Roksana. Nakłoniłam ją, żeby narysowała bałwanka, ale zarzekała się, że nie umie, więc zrobiłam to ja. Widzę, jak Roksana dorysowuje coś bałwankowi, to wygląda mi na guziczka, ale..
- A co tu narysowałaś bałwankowi?
- Pępek.
No tak, bałwanek też człowiek. Kiedy chciałam odebrać dziewczynce kartkę i dać jej czystą (kartkę czystą, żeby nie było ;)), zaprotestowała :
- Ale ja chcę coś jeszcze narysować!
- A co takiego?
- Cycuszki !!!
Tradycyjnie zaczęłam się śmiać, na co Roksi :
- Z czego się śmiejesz?
- Z cycuszków
Po czym Roksi zrobiła minę poważnej profesorki, przymrużyła oczy i poważnym, nauczycielskim tonem, rzekła
- Tu nie ma nic do śmiechu.
Poczułam się tak głupio, że zrobiło mi się wstyd, że żyję.

Parę minut później rysowałam Roksance kotka i pieska, znów zabrała się do dorysowywania czegoś. Narysowała kotkowi coś na grzbiecie, Aga pyta :
- A co to jest na kotku?
- Bobas
- Bobas?
- No bobas..
- Ale Roksana, co to jest bobas?- pyta z ciekawością Aga
Dziewczynka kręci na boki głową, co oznacza : "jak można czegoś takiego nie wiedzieć?! :/" i oznajmia:
- NO TYGRYS!!!!

Piesek również dostał jakiegoś bonusa, ja głupia i naiwna myślałam, że to łapka, ale Roksana sama pochwaliła się, że to ...
- SISIOR !!!!!!!!!

Później rysowała "sisiory" wszędzie, dosłownie wszędzie, nakręciła się jeszcze bardziej, kiedy usłyszała, że to brzydkie i żeby tego nie rysować. Dosłownie :
- Roksanka, bardzo ładnie, ale takie rzeczy są nieładne, narysuj lepiej słoneczko
- A JA WIDZIAłAM SISIORA
Na usta cisnęło mi się : "czyjego?" albo "i co, podobał ci się?", ale wolałam odpowiedzieć tylko :
- Dobrze, ja też, ale narysuj coś ładniejszego, bo to mi się nie podoba...

Kiedy Roksanka skończyła rysować, poszła się bawić, a że byli sami chłopcy (których Roksana nie lubi, bo "są brzydcy i śmierdzą"), to od razu zrobił się chaos. Za chwilę przybiega Kuba i mówi, że Roksanka go przezywa. Spytałam, jak, choć pewna byłam, że nie odmówiła sobie przyjemności nazwania go sisiorem. 
- Jak na ciebie powiedziała?
- Brzydko...
- Ale jak?
- "Kuba ty dupku"

Miłego dnia.

skomentuj (4)

gyal i takie takie 2008-11-14 00:39:44

Piszę tę notkę już drugi raz, bo po raz kolejny udowodniłam sobie, że jestem niezdolna do egzystencji i teraz małe ogłoszenie duszpasterskie, dla wszystkich, którzy wytykają mi, że jestem ofiarą życiową, kaleką (resztę można sprawdzić w słowniku synonimów na przykład) itd :

mieliście rację :*:*:* wy moje MiSiaCzkI, SwEeTaŚnE CuKsiKi i KoFfAniA, yeaaaah.

Otóż pisałam, że ledwo wróciłam z pracy, przepizgało mnie za przeproszeniem na przystankach i zmokłam jak szmała, ale przez zmarznięte dłonie przepływa mi radość i biegnę deszczem w butach, by przelać jej choć trochę dla Was...

Na początek wyjaśnię może znaczenie adresu bloga. Oczywiście adres przypadkowy nie jest, bo w świecie bajki nic nie dzieje się przez przypadek. Wiąże się to z pewnym zdarzeniem mającym miejsce oczywiście na placu zabaw. W pracy byłam sama, był poranek. W środku przebywały dwie dziewczynki- cóż z tego, że jedna Polka, a druga Niemka, ale na wypasie bawiły się w dom. Niemka mówiła po niemiecku, a Polka udawała (również przed samą sobą, lub też przede wszystkim przed samą sobą), że po niemiecku mówić potrafi. Podchodzę do Zosi i tłumaczę :

- Zosiu, ta dziewczynka cię nie rozumie, ona nie mówi po polsku, tylko po niemiecku..
Zosia trochę się obruszyła, że podważam jej zdolności językowe, momentalnie spojrzała Niemce głęboko w oczy i żywo gestykulując, bełkota jakieś głupoty w niestworzonym języku, tyle, że z niemieckim akcentem. Niemka patrzy na nią wzrokiem mówiącym :

a) co ona kurwa chce?
b) będę udawała, że rozumiem
c) how fuckin' interesting

Potem Zosia zwraca swój wzrok na mnie i mówi 
- Widzi pani ?!?! Rozumie mnie!! 
Ja zaczynam się śmiać, Zosia jest trochę zmieszana, więc szuka potwierdzenia swojej pewności w słowach Niemki. Znów patrzy na nią i mówi :
- Prawda dziecko, że mnie rozumiesz?! - na co Niemka z pełnym przekonaniem :
- JA !!!!!!

W tym momencie runęły moje poglądy na temat barier językowych.... Naprawdę. Bawcie się dalej i nie ryjcie już pani beretu.

Ale do czego zmierzam.. Dziewczynki wróciły do zabawy, znów bawią się w dom, a przynajmniej tak im się zdaje, że bawią się w to samo. Potem mamroczą coś dłuższy czas do siebie, wygląda na to, że Zosia próbuje coś Niemce wytłumaczyć. Ja zaciekawiona całą sytuacją podchodzę i pytam Zosi :
- W co się księżniczki bawicie ? 
Zosia robi minę w stylu : ":/", mówiącą : "Co to za pytanie!!! Przecież to oczywiste!!!" i odpowiada :
- Jak to w co ?! W PRACOWNICTWO WIELKICH IDEAŁÓW !!!!

Kiedy już przestałam się śmiać, zamknęłam się w sobie. Poczułam się jak mały, zbity piesek. Jaka ja głupia, niedomyślna...


A dzisiaj? Dzisiejszy dzień sponsorowało (jak zawsze zresztą) słowo : "sssuper!", z całą pewnością słowo najczęściej używane w sytuacji, kiedy dziecko potrafi zjechać na zjeżdżalni (WOW!) lub ogólnie robi to, co nam się podoba i chcemy z Agą dać mu do zrozumienia, że to, co robi, jest.. no.. sssuper!
Zjeżdżanie na zjeżdżalni na przykład- nie każdy to potrafi. Przykładem tego może być Roksana, ładniutka pięcioletnia ("Ile masz lat, Roksanko?" - "Pięć !!!" - odpowiada, wyciągając przed moje oczy cztery palce) dziewczynka. Za każdym razem, kiedy przychodzi na plac, podchodzi do mnie z tym swoim uroczym uśmieszkiem, zdradzającym kłamstewko i szczerząc małe, białe ząbki, mówi :

- Proszę paaaniiiiiiii... bo ja się nie mam z kim baaaawiiiić...

Zawsze wtedy mówię jej, że wymyśla głupoty, bo na placu jest mnóstwo dzieci. Podobnie sytuacja ma się w kwestii zjeżdżania na zjeżdżalni. Roksana twierdzi, że boi się to robić, choć robiła to już miliard razy. Rzecz w tym, że kiedyś podpatrzyła, jak asekuruję jakiegoś dzieciaczka, który faktycznie był tą czynnością wystraszony, a teraz sama chciałaby, bym poświęciła jej tyle uwagi. Sytuacja powtórzyła się dziś podczas rysowania. Dziewczynka nieoczekiwanie podnosi buzię znad kartki i znów szczerząc się, mówi :

- Proszę paniiiiiii... ja się boję zjeżdżać z tej dużej zjedżalniii..

Śmieję się, bo znam dobrze ten uśmieszek, ale pytam :

- Dlaczego?
- Bo ona jest taka.. zakręcona...
- Sama jesteś zakręcona!
- To ty pani jesteś zakręcona!
- Nie, bo ty i już!

Po czym Roksana rozwaliła mi system swoją odpowiedzią, po usłyszeniu której moje życie już nigdy nie będzie takie jak przedtem :

- Ja to bym ci dała listka, kapustkę i cebulkę i bym cię zjadła!!

Szczena opadła mi 234 m p.p.m, a kiedy już zebrałam ją z ziemi, potrafiłam wykrztusić tylko :

- CCCcccoooooOOo?
- ... iiiii jeszcze kaczkę!

Tak, tak... dobrze, że dodała tę kaczkę, bo inaczej nie wiedziałabym zupełnie a co chodzi.. A tak- wszystko na maxa zrozumiałe!

Do opisania kolejnej sytuacji skłoniło mnie to, że Aga spisała jej przebieg na kartce. Owe zdarzenie doskonale ukazuje to, że dziewczynka już od młodych lat ma w sobie pewien pierwiastek kokieterii i dorosłych zachowań rodzaju żeńskiego. 

- Siku mi się chceee !!! - krzyczy mała Marysia, więc Aga od razu chwyta za słuchawkę i dzwoni po tatę dziewczynki. Tata zjawia się szybko i każe dziewczynce ubrać buty. Marysia robi to bardzo ślamazarnie, męczy się z rzepami, przeciąga tę czynność w nieskończoność, tata się niecierpliwi. W końcu po 10 minutach walki z butami, Marysia oznajmia :
- Nie chce mi się jednak tatuś siku.
Widząc zdenerwowaną minę taty, rzuca mu się na szyję, całując go. 
Komentarz taty idealnie podsumowuje wszystko :
- To było bardzo kobiece.

Następne zdarzenie ma miejsce na drugim pięterku placu. Jeden chłopiec przybiega do drugiego i krzyczy :
- Wołałeś mnie ?!?!?! 
- Nie ! - odpowiada drugi bez emocji
- To kogo wołałeś ???!
- Nikogo !! - odpowiada już lekko zdenerwowany
- A po co ?!?!?!
- NIKOGO !!! ZROZUMIANO ?!?!? - krzyczy już total wkurzony młodzian, chwytając tamtego za fraki.

Pod koniec dnia na placu bawiły się jeszcze dwie przeurocze dziewczynki- Julia i Jessica. Ta druga to również Polka, ale ta praca uświadomiła mi, że rodzicom zdaje się, że im bardziej wymyślne imię, tym fajniejsze dziecko. A tu czasem na odwrót. Im bardziej wymyślne imię, tym dziecko pojebańsze. No ale mniejsza z tym. Z dziewczynkami przebywał także jeszcze jeden chłopiec, bawił się wyalienowany, ale dziewczynki dorobiły sobie do tego głębszą ideologię, mianując chłopca wilkiem, przed którym muszą się ukryć. Znalazły sobie skrytkę w kąciku koło zjeżdżalni i ciągle mówią coś do siebie konspiracyjnym szeptem. Weszłam zatem do środka, bo wiodła mnie ciekawość i pytam :
- A co to za małe tajemnice i sekreciki ?
Na to Julka, mówiąc tym samym szeptem, odpowiada :
- Bo my tu sobie siedzimy i siedzimy i siedzimy, a tam czycha groźny wilk, przed którym musimy się ukrywać, bo on chce nas zjeść!
Podłapałam mroczny klimat i mówiąc tajemniczym szeptem, oznajmiam :
- Ahaa.. to ja sobie stąd pójdę, żeby wilk nie domyślił się, że tu się schowałyście.. a wy się tu bawcie dalej dziewczynki.
Julia otwiera szeroko swoje małe, niebieskie oczka i zmieniając ton głosu z szeptu na normalny, poważny, wręcz oburzony, mówi :
- TO NIE JEST ZABAWA! TAK JEST NAPRAWDĘ!

Sorki mała. 

Pod koniec dnia, kiedy już zostałam sama i 30 minut dzieliło mnie od zakończenia pracy, swoją obecnością zaszczyciły mnie dwie młode niewiastki- trzyletnia Zuzia i czteroletnia Maja. Zuzia.. Zuzia jak Zuzia. Zuzie zazwyczaj są miłe, słodkie, w dobrze wyprasowanych ciuchach.. A Maje.. Ta 
Maja chyba była blokersem. Uważała, że wszystko jest spoko i jak będzie jej się chciało sikać, to spoko- powie. Kiedy ujrzałam, jak buja się na boki, wiedziałam, że ta dziewczynka wie, co się liczy (szacunek ludzi ulicy, ooyeaaahh come on). Zazwyczaj w takich porach, pod koniec pracy, gadam często do dzieci głupoty i wkręcam im jakieś chore akcje typu "jak będziesz niegrzeczna to wywiozę cię do Afryki albo na Syberię- wybieraj" ("Nie nie, to ja już wolę się bawić!!"). Dziś, kiedy już podliczyłam kasę z całego dnia, a dziewczyny w cośtam się bawiły, zajrzałam do nich, i mówię do Maji : 
- Co jest, GYAL ?
- Co to jest gjal ??
- "Gyal" to znaczy "Girl", czyli dziewczyna.
... I może nie powinnam być zdziwiona, kiedy Maja podbiegła do mnie pięć minut później, krzycząc :

- Proszę pani, gdzie jest ta druga GYAL ?! Gdzieś mi zniknęła...

Dziś na szczęście obyło się bez posikanych i posranych troszkę dzieci. Obyło się bez "proszę pani, zsikałem się", "proszę pani, zrobiłem kupę i nie poczułem", "pani, chyba się zesrałem". Obyło się też bez łapania się za głowę rodziców widzących posikane spodnie i beztroskiego wyrazu twarzy dziecka, które mówi : "nie nie, ja się zsikałem, ale już wyschłem!".

Muszę trochę nadążyć z nadrabianiem archiwalnych sytuacji, więc przytoczę parę dialogów z początku mojej pracy. W skrócie. Dużym skrócie.

*****

- Proszę pani, bo Michał na mnie brzydko powiedział!!!
- Jak do ciebie powiedział?
- "Ty wycieraczko"...

[czy to dziecięcy odpowiednik "ty szmato"?]

*****

- Proszę pani, mogę do niej mówić "mumia"?
- Mumia? a ona się zgodziła ?
- Tak, pozwoliła
- No to możesz
- A "głupia mumia"?

*****
- Prosze pani...
- Tak?
- Bo mama powiedziała, żebym się nie zgrzał, a ja się zgrzałem..

*****

- Dawaj buty, założę ci je
- Ale pani.. ty mi je źle zapięłaś..
- Noo fakt...
- Co ty nie umiesz zapinać butów?
- Ja mam inne buty niż ty, moje się inaczej zapina
- A bo ty taka jesteś
- No jaka?
- Takaa.. mała kupeczka...

*****
- Proszę pani bo mojej siostrze cos poszło na łeb, bo nie chce się ze mną bawić i chyba już mnie nie kocha...

 *****

- Aaaa... wie pani, że... ja się wożę..?
- ?!?!?!

*****  [do reszty wrócę innym razem, bo nawet Panie Ciocie Wiewiórki muszą czasem spać ;)]

 

 

Znów zapieczętowaniem tego wspaniałego dnia był krótki dialog z Piotrem z Ochrony, który podsumował moją głupawkę :
- Ty.. Ty kurde naprawdę Baranku Boży...

PS : Dzięki Aga (Pani SuperBania ;D) , za zabawę lalką Barbie w "ale się najebałam", "You can dance" i "napieprzamy pompki.. raz dwa raz dwa", myślę, że nasi znajomi będą z nas dumni !!! ;)

Dobranoc.

 

Ps: Jest 2.00 w nocy, ale przypomniało mi się jeszcze jedno:

- Proszę pani, ja mam brata!!!!
- Tak? Starszego czy młodszego?
- Takiego dłuuugiego... i dużego...

A podobno rozmiar nie ma znaczenia.. tym bardziej rozmiar braci.. Świat uczy nas samych kłamstw!

skomentuj (4)

paniiiii.... 2008-11-13 00:54:12

Zaczynam trochę od końca... mam tyle spisanych dialogów, ale nie mogę się powstrzymać, by nie zacząć od dnia dzisiejszego właśnie.  

Wiktoria, lat około 6. Ładna dziewczynka, córka podejrzewam zamożnych rodziców, siostra Wanessy, trochę starszej od siebie. Jest godzina może 14.00, siedzę z A.- bardzo dobrą koleżanką z pracy. Na placu bawią się dzieciaki, Wiktoria rysuje coś przy biurku. Ja czytam "Avanti", a raczej przeglądam. Nagle trafiam na stronę ze świetnymi orientalnymi ciuchami i szaleję z wrażenia :

- Jaaaa... widzisz toooo... Bożeee, Agaaa, jakie super ciuchy... kup mi takie, chcę je wszystkie... - mówię. Aga potwierdza, że są bardzo ładne, ja przeżywam dalej:

- Jezuuu, gdybym miała tyle pieniędzy.. kupiłabym je wszystkie.. ! ! ! 

Nagle Wiki podnosi buzię znad kartki i mówi :

- A wie pani co.. mój tata ma tyyyyle pieniędzy, że pani mogłaby mu powiedzieć, to by pani kupił...

Wiki zaproponowała także, że może mnie narysować, więc zgodziłam się, choć nie spodziewałam się, że narysuje mnie klęczącą w kościele (ileż w tym dziecku wiary w moje dobro..!). Oczywiście nie było dookoła mnie żadnego krzyża, ani niczego co mogłoby świadczyć o tym, że jestem w kościele.. ale owszem, klęczę. Mam też czarne włosy ( "Ale ja nie mam takich włosów, Wiki.. ja mam rude.." - "No ale jakby pani sobie zafarbowała, to by pani takie miała"..), nie mam dłoni, a na głowie mam koronę. Może to do mnie się modlą? 

Bardziej jednak zaintrygował mnie inny rysunek. Nie bardzo wiedziałyśmy z Agą, co przedstawia, ale kiedy zapytałyśmy, co to, uzyskałyśmy odpowiedź :

- To jest pani, która się zakrztusiła.

Z relacji mamy Wiktorii wynika, że dziewczynka lubi rysować takie rzeczy. Kiedyś podobno narysowała kaszel. No.. no dobrze.. to bardzo dziewczęce.

Dziś rysował także Iwo, w tym przypadku również trudno było odgadnąć przesłanie jego twórczości.

- Co rysujesz, Iwo?

- Coś innego.

Była to jedna z najbardziej trafnych odpowiedzi, jakie kiedykolwiek słyszałam.

Późnym popołudniem na placu bawiła się mała blondyneczka, Kaja, ładniutka czterolatka, w pewnym momencie jednak usiadła w kąciku i płakała po cichutku, była bardzo smutna. Podeszłam do niej, spytałam, co się stało, a ona odpowiedziała, że nie chce się już bawić i że "chce jej się rysować". Usiadła zatem przy naszym królewskim biurku i rozpoczęła tworzenie. Siedziała milcząc, nadal smutna, pochłonięta rysowaniem czegoś. Prowadziłam z Agą dyskusję na temat facetów, o tym, jaki powinien być ten idealny. Uznałyśmy, że lubimy takich ułożonych, ale trochę świrniętych. Kolejne cechy to oczywiście odpowiedzialność, poczucie humoru i tak dalej. Wiele cech się przewinęło przez nasze usta, ogólnie skupiłyśmy się na rozmowie o tym, co lubimy w mężczyznach, a nie na dziecku siedzącym obok. Skończyło się jednak na zdaniu, kiedy rzekłam:

- Ja lubię taką równowagę po prostu. Musi mieć coś w głowie, ale musi też być szalony.

W tym momencie na smutnej twarzy Kaji maluje się uśmiech, podnosi głowę znad rysunku i radośnie rzecze:

- A ja lubię deszcz ! ! ! ! ! ! ! 

...

(Dodam, że dalsza część dialogu brzmiała [pyta Aga]

- A dlaczego lubisz deszcz?

- Bo mogę się wtedy wykąpać!

O Boże.. nie chcę wnikać w Twoją sytuację w domu :))) )

Zapomniałam o Sylwku, chłopczyku w którym widać pierwsze oznaki gejostwa w postaci tulenia się do innych chłopców i głaskania ich po głowach oraz  skarżeniu się, że nie chcą się z nim bawić w ogródek.... Biedny. Zaraz mu tu wyślemy jakiegoś chłopca, coby sobie potulił troszku.

Genialny był Wiktor z punkową koszulką, na której przodował obrazek panczaka, napis "Anarchy", a dalej tylko "Freedom", "Cośtam for everyone", "Young rebel", "No school". Brawa dla Agi, która zapytana przez dzieci, co to oznacza, odpowiedziała:

- No.. to znaczy.. "wolność".. i.. i że.. jest ogólnie fajnym chłopcem... Dobra, idźcie się bawić!

 

Tak nawiasem mówiąc, w pracy nieco tracę mózg, szczególnie wdając się w rozmowy z Agą oraz Panami Ochroniarzami (jeden z nich oświadczył dziś, że nie przysługuje mu pałka. A jaka pałka? Jest wiele rodzajów pałek...). Idealnym podsumowaniem tego dnia będzie stwierdzenie Pana Łukasza (ochrona), który stawiając mi przed nos swoją krótkofalówkę czy coś w tym rodzaju, rzekł :

- Stawiam to radio.. tysiąc złotych.. że byłaś wpadką.

Dobranoc.

 

skomentuj (12)



........

Mam na imię K.
Niektórzy z Was już mnie znają. Przez pół roku pracowałam na placu zabaw w centrum handlowym jako opiekunka do dzieci. Potem pochłonęła mnie czarna dziura. Może to ta z mojej szafy, w której nie sprzątam, a według rodziców, znajdują się tam ludzie, którzy zaginęli w Trójkącie Bermudzkim? Może. W każdym razie pochłonęła mnie ta dziura. Dziś z innego placu zabaw pisze do Was ta sama Pani Ciocia Wiewiórka z dynamitem w sercu.. który wypala wciąż i znów.. dzięki tym małym istotkom, małym-wielkim sercom i dzięki ich zaraźliwej, nieuleczalnej chorobie zwanej "radość".. I jedyne, o czym musisz pamiętać - nigdy nie myśl, że przestałeś być dzieckiem. Nie próbuj dorosnąć. Nie bądź mordercą samego siebie. Nie pozbywaj się magii.




się wpisz się albo się nie wpisz się


***********