Brak komentarzy

Witajcie!
Blog zarósł od kurzu, nie wchodziłam tu od prawie 3 lat, ale statystyki pokazują mi, że wciąż mam Czytelników! To zdumiewające, że po tak długim czasie nadal chcecie czytać losy Pani Cioci Wiewiórki i jej podopiecznych :). Niestety, moje losy trochę się wykoleiły i obrały nieco inny tor. Wielokrotnie chciałam tu wrócić, ale między brakiem inspiracji a brakiem notek pojawił się znak równości. Kilka razy usłyszałam, że moje historie są zmyślone – długoletnia pustka na moim blogu udowadnia, że nie. 
Mam się dobrze! Jestem już może trochę podstarzała :), ale w moim sercu wciąż rozbrzmiewa radosny głos dziecka, któremu daję się prowadzić. Wciąż piszę, a mój niepohamowany słowotok doprowadził mnie do momentu, w którym znów chcę pisać dla ludzi. Jesteście zainteresowani?  Zapraszam: 

www.tl-dr.pl
 

Jednocześnie z wielkim opóźnieniem chciałam podziękować Wam za czas poświęcony na wertowaniu tego bloga, za wszystkie komentarze i przemiłe słowa. To był dla mnie wspaniały czas, który utkwi w mojej pamięci na zawsze. Dziękuję! :)

Z najcieplejszymi pozdrowieniami:

K. 

Uwaga, dzieciątka ! Poniższa część notki narodziła się w zeszłym tygodniu, ale niestety Wiewióra się rozchorowała szósty raz w przeciągu 3 miesięcy i leżała se.

Nogi włażą mi do dupy.
Naprawdę ciężko poukładać sobie w głowie wszystkie te rzeczy, które ujrzałam, usłyszałam i odczułam. Tyle dowiedziałam się o tej uroczej grupie małych ludzi, tyle dowiedziałam się o sobie…! Prawdopodobnie żaden dorosły człowiek nie jest w stanie wykreować w swojej wyobraźni tak abstrakcyjnych komplementów i ciętych ripost jak dzieci. Śmieję się w myślach, kiedy powracam nimi do wcześniejszych godzin. I chociaż nie usiadłam dzisiaj ani na chwilę, a jedynym, co zjadłam, była stara bułka, to odkryłam, że można żyć w ten sposób.

Już parę sekund po wejściu do świetlicy otoczona byłam około trzydziestoma małymi rączkami, które piętrzyły się na wszystkie strony niczym Hatifnaty. Wydawało mi się, że to do świetlicy właśnie otworzyłam drzwi, ale okazuje się, że to chyba przykrywka dla wielkiej fabryki miłości i ciepła. „Paniiiiiiii przyszłaaaaa ! Biegniemy do paniiiiii !”. To był moment, w którym moim największym problemem nie były wszystkie wielkie sprawy, z którymi staję twarzą w twarz każdego dnia, ale.. jak ja zdołam przytulić te wszystkie małe ciałka, wszystkie naraz i każde z osobna?

W środę był nawet ciepły dzień, który szturchnął we mnie nadzieję, że w końcu przyjdzie wiosna. Nie przyszła- dziś na nowo wyjęłam z szafki zimowe buty na obcasie, w których nie umiem chodzić. W każdym razie w środę był nawet ciepły dzień, więc razem z moją opiekunką praktyk wybrałyśmy się z dziećmi na plac zabaw tuż w pobliżu szkoły. Dzieciaki wesoło harcowały, co jakiś czas kłócąc się ze sobą o to, kto za krótko, a kto za długo siedział na huśtawce. Akurat z huśtawki schodziła Jola- wspomniana ostatnio śliczna dziewczynka o niebieskich oczach. Bardzo się z małą polubiłyśmy, jest jedną z moich „przylep”, paręnaście razy dziennie podchodzi, by po prostu się przytulić. Tak stało się i tym razem. 

Wtulona w mój płaszcz, rzekła :
- A wie pani, że ja byłam aniołem i latałam?
Stwierdziłam, że nawiązuje do huśtania się – ja też będąc dzieckiem zabawę na huśtawce odbierałam jak latanie. Odpowiadam zatem :
- Widziałam, widziałam ! Bo o huśtawce mówisz, prawda ?
Jola wytrzeszczyła oczy, zrobiła politowaną minę i powiedziała :
- Co? O jakiej huśtawce.. no proszę pani.. ja mówię o ostatnim życiu.
Po chwili dodała jeszcze zamyślona, z ogromnym smutkiem :
- Byłam aniołem, ale straciłam moje skrzydła…

Rozczuliła mnie ogromnie, nie miałam jednak szansy zapytać o więcej, bo czekała mnie interwencja w postaci upomnienia dzieci, że po zjeżdżalni nie wchodzi się na zjeżdzalnię i nie zjeżdża się z niej na kolanach. Maluchy grzecznie posłuchały. Poza Martynką (6 lat), która mimo upominania, zjechała na kolanach i uderzyła się o krawędź zjeżdżalni. Widocznie zabolało, bo rzekła cichutko, jakby niezależnie od siebie :

- O kurwa…
Jej mina po wypowiedzeniu tego zwrotu była pełna przerażenia, jakby zupełnie nie wiedziała, jak to się stało. Udało jej się pogrążyć do końca, kiedy dodała:
- O kurwa, czy ja powiedziałam „o kurwa” ?! O kurwa – i znów !!!

Jak już pisałam na początku, komplementy dzieci pod moim adresem są niezwykle zdumiewające.

- Ale ma pani ładny głos, kiedy pani mówi ! – rzekła mała Maja
Roześmiałam się, bo zawsze wydawało mi się, że jest on bardzo dziecinny. Więc może dlatego..? Kiedy zaczęłam się śmiać, druga dziewczynka dodała :
- I śmiech też… i buty i kurteczkę i szaliczek i włosy i ładnie się pani maluje i jest pani naaaaajjjjlepsza! Jest pani naszą miss najlepszową !

Jak się okazało, wiele dzieci tak właśnie mnie postrzegało, bo kiedy poprosiłam je o narysowanie pamiątkowych rysunków, które mogłabym zawiesić na ścianie, większosć z nich narysowało mój portret- jawię się na nim jako królewna z koroną albo.. panna młoda? 
Wyjątkiem był mały Kubuś z zerówki, który – owszem – również narysował mi koronę, ale resztę stanowiło ciało.. kury? Robota? Trudno mi to zinterpretować. Jednak szczerze mogę przyznać, że rysunek bardzo mi się spodobał, bo był jakby inny od wszystkich. Spojrzałam na dzieło Kubusia i rzekłam :

- Ooo ciekawe, ciekawe.. Dziękuję Ci za ten wspaniały rysunek.
Obok mnie siedziała pochłonięta przez rysowanie Natasza. Na moment podniosła głowę znad kartki, by również zobaczyć pracę malucha. Zerknęła na nią i zagwizdała pod nosem jak niegdyś gwizdało się za piękną dziewczyną :

- Ooo fiu fiu fiu..
Po czym pokiwała z uznaniem głową, lecz kiedy Kuba odwrócił się na chwilę, ta momentalnie zmieniła wyraz twarzy na nieznośnie zniesmaczony i szepnęła mi na ucho :
- Ale gówno…

Warto jednak docenić fakt, że nie chciała zranić uczuć młodszego kolegi… 

Chociaż to dopiero kilka dni, przywiązałam się już do dzieci, niektóre z nich przywiązały się również do mnie.
Późnym popołudniem dwie dziewczynki poprosiły mnie, bym poszła z nimi do toalety. Podczas mycia rąk, Ala (6 lat) kieruje do mnie pytanie :

- Mamusiu, pójdziemy dzisiaj na basen?
Myślałam, że pytała o to swoją koleżankę Wiki (6 lat), ale patrzyła mi prosto w oczy. Mówię więc :
- Alu, przecież Twoja mamusia jest teraz w domu, przyjdzie po Ciebie za niedługo.
Dziewczynka westchnęła ciężko i strudzona mówi do Wiki :
- Widzisz, jakie czasy nas spotkały? Własna matka się do mnie nie przyznaje…

Poza tym, od dzieci można dowiedzieć się o wiele ciekawszych rzeczy niż na pudelek.pl. Przekonałam się o tym, kiedy Damian (7 lat), zakomunikował mi tę oto treść.. :

- A wie pani, że Michael Jackson jeszcze nie został pochowany ani umarnięty ? On co prawda umarnął, ale leży zamrożony w szufladzie wytwórni muzycznej.

A jeśli mówimy już o umarnięciu, to Damiana przebiła chyba Natasza, która od samego rana cała była w skowronkach- tańczyła, kręciła się w kółko, nuciła coś wesoło pod nosem. Ciekawiło mnie, co sprawiło, że tak bardzo tryska radością. Pytam więc :

- Co cię tak uszczęśliwiło, Natasza? Widzę, że jesteś bardzo wesoła!
- Bo wczoraj się dowiedziałam, że mój sąsiad miał raka i zma-arł ! I jutro pojadę na gró-ób !! – mówi nie przestając tańczyć
- Ale.. to chyba nie za dobrze, prawda?
- Fajnie !!!!!! – krzyknęła rzucając mi się na szyję.

Przy okazji rzucania się na szyję, Natasza stwierdziła, że ładnie pachnie moja bluzka i że ładnie w niej wyglądam. Zupełnie niespodziewanie rzekła :
- Ale by pani ładnie wyglądała na ślubie !! Kiedy pani się ożeni ??
- Pytasz, kiedy wyjdę za mąż ?
- No !!! 
- Nie wiem, kiedy- zobaczymy. A jak powinna wyglądać panna młoda ?
- Powinna mieć piękną suknię ! – odrzekła z entuzjazmem
Postanowiłam zadawać jej przekorne pytania odnośnie ślubu.
- A jaka ta suknia – taka kolorowa, tak ?
Natasza spojrzała na mnie z taką wręcz.. pogardą? I krzyknęła :
- No co paaaniii !!! Nie może być kolorowa ! MUSI być biała !
- A czego symbolem jest ta biel ?
Dziewczynka zastanowiła się przez chwilę, po czym dosyć niepewnie powiedziała :
- No.. no tego, że się myje ?
- Ahaa.. a jakie powinna mieć buty ? Mogą być gumiaki ?
- COOO ?! Jakie gumiaki ?! W jakim pani świecie żyje ?! MUSZĄ być białe ! Białe szpilki !
- A jak się w nich przewrócę ?
- To ja panią podniesę ! 
- Ale to chyba wygodniej byłoby mi w tych gumiakach…
- Niech mnie pani nie załamowuje…
- No dobrze, a co jeszcze powinna mieć panna młoda ?
- Bukiet do rzucania !
- I kto będzie rzucał tym bukietem ? Ksiądz ?
- Nie ksiądz ! Ta młoda panna !
- A jak ktoś złapie ten bukiet ? 
- To chyba.. kto pierwszy dostanie nim w głowę to pierwszy umrze..

Kiedy było już późno, zaproponowałam dzieciom gry planszowe. Przyłączyłam się do jednej grupy dzieci i grałam razem z nimi. Była wśród nich dziewczynka, której imienia nie pamiętam. W każdym razie mimo swoich sześciu lat, czynnie uczestniczy w internetowym życiu, bo niedawno zapytała mnie, czy mam konto na n-k. Gdy dowiedziała się, że niestety nie, kazała mi je założyć natychmiast po powrocie do domu. Poza tym widać też, że prawdopodobnie mała ma starszą siostrę, z której języka czerpie takie kwiatki jak tym razem.
Mianowicie dziewczynka nie zgodziła się, by Natasza dołączyła do gry – „bo nie wie, czemu, ale i tak nie chce”. Wyjaśniłam, że albo bawimy się wszyscy albo nie bawi się nikt. Mała spojrzała na Nataszę z jedną podniesioną brwią i z pełną wyższością powiedziała :

- O ja.. ale żal.pl …

Później wymyśliłam, by skleić 10 kartek i stworzyć z nich jedną wielką, by wszystkie dzieci namalowały coś wspólnie. Stanęłam z kartką na środku sali i wytłumaczyłam, co mają zrobić :

- Uwaga ! Teraz proszę, by każde z was narysowało na obojętnie której części kartki to, o czym w tym momencie myśli. Nie kłócimy się o miejsce na kartce, bo jest go bardzo dużo i dla każdego wystarczy !

Uwagę dzieci przyciągnął rozmiar kartki, który zdawał się im bardzo imponujący. Jeden chłopczyk, sześcioletni Kubuś złapał się za głowę i wydusił z siebie :

- Boże ! Matko moja ! Ta kartka jest naprawdę wielgaśna.. ! Ona jest wielgaśna jak słoń albo jakaś nieruchomość ! Jejku.. ja chyba zemdleję…

Po chwili podeszła do mnie malutka Kasia.
- Proszę pani, a co my mieliśmy narysować ?
- Kotku, narysuj to, o czym teraz myślisz.
- No dobrze, ale jeśli ja myślę teraz o świni w gnoju ?

Każdemu się zdarza i nie jest to żaden wstyd..


A teraz zapiski dzisiejsze :

Moje praktyki dobiegają powoli końca. Po każdym powrocie z tej szkoły odczuwam z tego powodu jakby ulgę, bo padnięta jestem jak pies. A kiedy mam wstawać rano, cierpię jak jeszcze większy pies, ale moje zmęczenie i zniechęcenie pęka jak bańka mydlana jakieś miliard razy w ciągu dnia, kiedy widzę te urocze mordki i koduję w głowie słowa przez nie wypowiadane. Wczoraj, kiedy przyszłam po chorobie do dzieciaków, jadły akurat obiad w stołówce. Kręciłam się między nimi, zbierałam uśmiechy i talerze. Nagle wypatrzył mnie mały Dawidek i momentalnie wstał od stolika, pobiegł do mnie, uścisnął przemocarnie i rzekł :

- Matkooo ! Pani wróciła ! Tak się martwiliśmy o pani śmierć !!!
- Jaką śmierć ? – zaśmiałam się – przecież widzisz, że żyję !
- Jak nie dotyknę, to nie uwierzę ! – po czym utulił mnie po raz kolejny i dodał :
- Ja panią kocham ! Proooszę, niech pani przyjdzie do mnie do domu!
- Do domu? Dlaczego ?
- Bo chciałbym, żeby pani poznała moją mamę, mojego tatę, mojego wujka, moją babcię, moją siostrzyczkę, która ma nic lat i drugą, która ma dwa !
- Na razie cieszmy się tym, że jesteśmy tu razem.. bo ja niedługo już nie będę mogła tu przychodzić.
- Coo? Jak to?! – zasmucił się mały
- Po prostu kończą mi się praktyki w świetlicy.
- Nie ! Ja w tym momencie idę do pani dyrektor, żeby pani tu dalej pracowała! A ona na pewno powie : „tak, niech ta piękna i dobra pani tu zostanie, bo jest piękna i dobra!”

Na pewno.

Ale stanęliśmy na pięknie i dobroci. Dziś siedmioletnia Paulinka cały dzień zwracała się do mnie : „proszę księdza”.. Ciężko było mi to rozwikłać przez cały dzień i kiedy wreszcie miałam ku temu sposobność, zapytałam :

- Ale dlaczego tak do mnie mówisz ? Nie wystarczy : „pani Karolino” ?
- Nie.. bo pani jest święta jak ksiądz..

.. I zupełnie nie wiem, czy ma mi to pochlebiać, czy mam problemy z rozumieniem sarkazmu..

Poza tym dzieci przyzwyczaiły się, że przychodzę do nich a to w kolczykach z modeliny, a to w ręcznie malowanej koszulce itd. Dziś ubrana byłam raczej normalnie, bez żadnych akcentów własnej roboty. Ale dzieci moje możliwości postrzegają znacznie inaczej.
Na nogach miałam czarne balerinki, całkiem zwyczajne, kupione parę dni temu z okazji wiosny.
Mówi do mnie Karolinka (7 lat) :

- Ale ma pani ładne buty ! Sama pani je zrobiła ?
Zaprzeczyłam, co mocno Karolcię zdziwiło.
- Ale te włosy to ma pani super..
- Eee tam super, taka średnia ta peruka. – zażartowałam
- JAK TO PERUKA ?! – zszokowała się dziewczynka i postanowiła to sprawdzić, szarpiąc mnie za włosy. Po chwili oznajmiła :
- Faktycznie, peruka… 

Do sali wpadł Szymon (6 lat), którego nie widziałam od dawna. Podbiegł do mnie z ogromną prędkością, rzucając w locie :
- BIEGNĘ DO PANI ULTRAPIĘKNEJ !!!!!!

Podczas biegu podeptał trochę siedmioletnią Zuzię. Po dziewczynce widać zdecydowanie, że bardziej preferuje zabawy z chłopcami i zapewne ma starsze rodzeństwo, dzięki któremu przejęła bogate słownictwo, jak na przykład :

- UWAŻAJ, PEDALE !
- Co ty powiedziałaś ?! 
- UWAŻAJ, PEDALE ! – powtórzyła Zuzia z rozwścieczoną miną
- Ale ty jesteś naprawdę głupia !
Dziewczynka odwróciła się na pięcie i nie zmieniając wyrazu twarzy odparła, kończąc dyskusję :
- BYNAJMNIEJ!

Wczoraj rano bardzo intensywnie przyglądała mi się jedna z dziewczynek, szcześcioletnia Kasia. Na jej twarzy malowało się się zaciekawienie, którego nigdy wcześniej nie widziałam u żadnego człowieka. Takie pomieszane z niedowierzaniem i niezrozumiałym dla mnie zdziwieniem. Pytam więc :
- Dlaczego tak na mnie patrzysz?
- Łooo…
- Co ma znaczyć to „łooo” ?
- Aaaa! A nic! Pomyliłam się.
- ???
- Myślałam, że jest pani rzeżuchą, ale odkryłam w pani osobę.

Dziękuję!

Podobna sytuacja zdarzyła się w zeszłym tygodniu, gdy inna dziewczynka patrzyła na mnie w podobny sposób, ale mniej niepokojący. 
- Co się stało? Mam coś na twarzy? – pytam
- Czemu pani ma na oczach brzeszczoty ???
- Jakie brzeszczoty ?! – zapytałam, bo, no tak, byłam w szoku
- A nie, to chyba rzęsy.. – odrzekła z ulgą.

Dzisiaj był znowu bardzo ciepły dzień, więc razem z moją opiekunką praktyk wyszłyśmy ponownie na dwór z maluchami. I po raz kolejny toczyły one batalię o huśtawki, ciągle skarżąc na siebie nawzajem („bo Julia huśtała się już 20 godzin, a ja dopiero 30!”). Powoli zaczęło mnie to wyprowadzać z równowagi, więc wygłosiłam moją mowę :

- Słuchajcie ! Każdy ma się huśtać po równo, ustawcie się w kolejkę do huśtawek i przestańcie się szarpać, bo każdy doczeka się swojej kolejności ! 
Pomysł nie spodobał się Szymonowi, który zaczął mnie przekrzykiwać :
- NIE ! Bo ja mam się huśtać najdłużej ! Już sobie to zaklepałem w mojej głowie !
- Nie, Szymon, nie ma żadnego zaklepywania w głowie, jest kolejka i proszę się w niej ustawić.
- Jak tak, to ja już pani nie lubię ! – powiedział obrażony chłopiec
- A ja ciebie nadal lubię – odparłam ze spokojem
Szymon widocznie zupełnie nie spodziewał się takiej odpowiedzi, bo uśmiechnął się i odpowiedział :
- No teraz to mnie pani zaskoczyła…

Przy okazji przypomniało mi się jeszcze jedno, kiedy to pewnego dnia również będąc na placu zabaw, przed godziną szesnastą zaczęło robić się chłodniej, dzieci nie miały ochoty na szaleństwa i nadszedł czas masowego przytulania. I tu przydreptała do mnie Ala, wyznając mi swój sekret :

- A wie pani, że taka Weronika powiedziała, że te dziewczyny, które się do pani przytulają to są wariatki ? I że pani też jest wariatką i że pani głupio się cieszy?
- Tak ? To chyba dobrze, że się cieszę i jestem wariatką..
- Eee pani nie jest wariatką.. no chyba, że taką do granic rozsądku ! A co ja mam tej Weronice od pani powiedzieć ?
- Nic, pozdrów ją.
Ala chyba spodziewała się innej odpowiedzi i zaczęła tu wietrzyć jakieś podstęp :
- Aha.. to tak pani robi.. zabija pani wroga serdecznością, tak..???

W sumie nigdy nie myślałam o tym w taki sposób, ale.. może to naprawdę jakiś sposób? :)

Dziś wychowawczyni świetlicy zapowiedziała dzieciom, że na następnych zajęciach robić będą pizzę, więc muszę przynieść parę składników. Wyjaśniła, jakie produkty będa im potrzebne i poprosiła, aby je zapisać.

Spoglądałam w zeszyt jednej siedmiolatki, gdzie zamiast „3 plasterki”, „5 kawałków”, widniało :

„3 sery , 5 szynków…”

Razem ze mną notatki małej oglądała Asia i przeczytawszy je pod nosem, wybuchła śmiechem :

- Taaaaak, pewnie !! Jasne, mam kupi ci 3 wielkie sery, 5 całych szynek, a ty to przytargasz do szkoły !
Dziewczynka zauważyła swój błąd, ale z sytuacji wybrnęła bardzo sprytnie :
- Bo.. bo ja teraz nie zapisuję składników do pizzy tylko dla siebie, ale dla wszystkich dzieci ! Jak każdy odgryzie kawałek i wypluje, to każdy będzie miał po równo ! – krzyknęła, a po chwili zapytała mnie :
- A pani też będzie robić pizzę ?
- Nie, nie będę, ale będę wam pomagać.
- A pani lubi szynkę ?
- Nie lubię, ja w ogóle nie jem mięsa.
- Co ? To pani jest.. tą.. no.. wizytatorianką.. ? 

Tak całkiem po drodze, wyszedł temat ulubionych potraw i napojów. Pyta mnie Natasza :
- A jaki jest pani ulubiony sok ?
- Chyba brzoskwiniowy.
- Jaki ?! Przecież nie ma takiego soku ! – odparła wielce zdziwiona
- A jaki jest twój ulubiony?
- Śmietankowy !
I jedyne, co potrafiłam odpowiedzieć to :
- Jak dobrze, że chociaż taki istnieje.

Po paru minutach, przez to całe mówienie o jedzeniu, zrobiłam się głodna i przypomniałam sobie, że zapomniałam zjeść śniadania. Mówię więc :
- Aaale jestem głodna, muszę zjeść obiad jak wrócę..
- A chłopak pani ugotuje ? – pyta Paulinka
- Kto wie..
- A on umie gotować ?
- Jasne, że umie
- Fuuuuj, ja i tak bym zwymiotowała i kazała mu to zjeść za karę!
- Ale za jaką karę ? To on powinien dostać nagrodę za ugotowany obiad !
- Boże, za jaką karę !!!? Za to, że chłopacy siusiaków nie myją i kranówę piją !

ChłopAcy ! To prawda ?! Chyba zacznę wymiotować na każdy posiłek zrobiony przez faceta – tak na wszelki wypadek.

Paulinka ma w każdym razie bardzo trafne uwagi, wiele potrafi zdziałać na piękne oczy, ale nie zawsze mogę się z nią zgodzić. Grałam dziś ze starszymi dzieciakami w Scrabble. Przyłączyła się Paula, ale większość jej wyrazów brzmiała „ybągło”, „żghźo” i tak dalej. Co chwilę tłumaczyłam jej, że musi układać istniejące wyrazy, ta w końcu zrezygnowana i mocno zirytowana, rzuciła swoje literki na podłogę, krzycząc :

- No matko boska !! Czy nikt nie rozumie, że to jest po śląsku ?!!!!!

Nie umiem mówić po śląsku – może niesłusznie ją oskarżyłam..?

Kochane dzieci, uciekam w sen, bo za mną i przede mną długie godziny głupiego zacieszania.
Jednak bardzo, naprawdę bardzo potrzymuje na duchu jedno :

- Mianuję panią królową i królem całego mojego świata !

Dziękuję Im w myślach – ponieważ te małe istotki stanowią ogromną część również m o j e g o świata…

Ps. Dziękuję za odwiedziny i miłe słowa! Wiosna przyszła, wynocha na spacer :)

Po raz kolejny rozczarowana jestem tym, jak zbudowany został świat. 
Może nie tyle świat, jak charaktery ludzkie. Przez ostatnie miesiące toczyłam desperacką walkę o to, by znaleźć swoje miejsce, wrócić do korzeni, na nowo wbiec z buta w świat dziecięcych umysłów. I nawet udało mi się, parę razy. Ale wkrótce okazało się, że nie jestem aż tak zdesperowana, by pracować w bawialniach, w których opieka nad dziećmi kończy się na patrzeniu na nie, a moim głównym priorytetem ma być mycie kibla i okien. Niestety. Gdybym chciała to robić, ogłaszałabym się jako pomoc domowa, a nie opiekunka do dzieci. Nie byłoby to oczywiście nic złego, ale żaden z pracodawców nie wpadł na to, że nie o pieniądze chodzi i nie będę robić byle czego, byle zarobić. 
Ale najwyraźniej ich mózgi nawchłanialy się oparów z pieniażków i mają tam teraz wielkie dziurska, którymi patrzą na świat i widzą tylko siebie i swoje nieumyte deski klozetowe.

Po pewnym czasie zrozumiałam, że nie zdołam już dłużej oszukiwać siebie, że mogę wskrzesić i powielić przeszłość, którą opisywałam na tym blogu. Ci, którzy mnie znają, wiedzą, jak bardzo zirytowana byłam z tego powodu. 
Ale chcąc nie chcąc, szczęście samo na mnie spłynęło. O ile niektórzy do kwestii odbywania praktyk podchodzili z pretensją wręcz- bo jak to?! po co nam te praktyki ! nie mam czasu ! nie chce mi się ! dam papierek do podpisania i nara ! – ja wypatrywałam ich z nadzieją, bo brakowało mi tej bezpretensjonalności, serc gorących jak piec hutniczy i własnych wizji rzeczywistości.

I oto jestem po pierwszym dniu praktyk w świetlicy socjoterapeutycznej. Bałam się, no, myślałam, że będę stać jak jakiś strzęp z założonymi rękami, ale nawet gdybym taki miała zamiar, już przy wejściu do szkoły poczułam się jakbym te wszystkie dziecięce serca chwyciła za nogi. Jakkolwiek to brzmi. 

Stojąc przy gabinecie dyrektora, obserwowałam dwie dziewczynki, które czekały w portierni na skserowanie kartek. Kiedy wreszcie doczekały się, pospieszyły radośnie w stronę swojej klasy, ale ich wzrok zatrzymał się na mnie. Po chwili i one zatrzymały się tuż przede mną. Usłyszałam radosne :

- Dzień dobry paniiiii ! Pani jest nowa ?
Odpowiedziałam :
- Dzień dobry, w pewnym sensie, ale będę tutaj tylko kilka dni.
Na co jedna z dziewczynek, trzymając w rączkach jeszcze świeżo skserowane kartki, spojrzała na nie i wyciągając je w moim kierunku, bez namysłu rzekła :
- To szkoooda.. a chce pani dotknąć ciepełka ?

I chyba to ciepełko dostało się do mojego wnętrza, bo czułam je w sobie przez cały dzień.

W czasie dalszego oczekiewania na panią dyrektor i mojego opiekuna praktyk nie nudziłam się ani chwilę, choć przyszłam dużo przed czasem. 
Po odejściu dziewczynek od ciepełka, otoczyła mnie grupka zerówkowiczów, których czujne oczy od razu wytropiły nieznajomą twarz „nowej pani”.

- Pani tu jest nowa ?! Pani tu będzie z nami ?
- Tak, tak, ale nie na długo – odpowiedziałam znów
- A pani nas będzie uczyć matematyki ? – zapytała jedna z dziewczynek
Roześmiałam się, bo bliżej mi już do nauki gry na lirze korbowej albo jakiejś suce biłgorajskiej niż matematyki :
- No wiesz.. raczej nie sprawdziłabym się w tej roli.., ale szukajcie mnie w świetlicy!
- Aaaa pani by się nie sprawdziła ?! Pani sprawdzi się tu we wszystkim ! Nawet w przytulaniu! – odparł jeden z chłopców i bez skrupułów wtulił się w mój brzuch. 
Zaskoczyło mnie to ciepłe przyjęcie. Jednak ucieszyło mnie tym bardziej, że wiedziałam, iż jest szczere, dziecięce, bezinteresowne. Dzieci tak łatwo ufają i tak łatwo wierzą w siły drugiego człowieka. Daję głowę, że gdybym powiedziała, że potrafię latać, nie miałyby żadnych wątpliwości, że jest tak naprawdę.

Moja profesorka od dydaktyki ostatnio próbowała wytłumaczyć, że powinniśmy się cieszyć swoją pracą, być wdzięcznymi za ten wspaniale spędzony czas.
Dziś bez wątpienia mogę dodać, że powinniśmy uczyć się tego od najmłodszych. 
Kiedy przekroczyłam próg świetlicy, a jedna z pań oznajmiła maluchom, że dzisiaj nowa pani przeczyta im bajkę, z podziwem patrzyłam na ich radość. W życiu nie przyszłoby mi do głowy, że zrobi im różnicę osoba czytająca bajkę. A tymczasem rekacje były niesamowite :

- JAK SUPER !!!!!
- JEEEEEEEEEEEEEEEEEEESsssssssssssT !
- HURRRAAA !!!
- TA PANI JEST EKSTRA PIĘKNA !!!

I czytałam tę bajkę, a dzieci zbliżały się w moją stronę raz po raz, przytulały się do moich kolan, patrzyły na mnie z otwartymi ustami; miałam wrażenie, że gdyby mogły, usiadłyby na mojej głowie, zaczęłyby mnie czesać, wąchać i , nie wiem, dawać cukierki albo coś takiego. To nie ma większego sensu, ale taka wizja pękała mi w głowie ;). W każdym razie czułam się jak pod ostrzałem ciepła.

Kiedy opowiadanie bajki dobiegło końca, zadaniem dzieci było narysowanie tego, co udało im się zapamiętać z opowieści. Większość dzieci po chwili zabrała się do rysowania, ale jedna z dziewczynek – potem dowiedziałam się, że Julka – patrzyła na mnie i wydawało mi się, że trochę się zawiesiła. Podeszłam więc i zapytałam :

- Co się stało, piękna? Nie wiesz, co narysować?
Odpowiedź nieco mnie zaskoczyła. Nie spodziewałam się aż takiego strzału z grubej rury :
- Aaaale pani jessssst grrrrrrrruuuuba.
- Hm… Tak?
Dziewczynka plasknęła się w czoło, odpowiadając :
- Maatko bosska. Pomyliło mi się, chciałam powiedzieć, że jest pani bardzo chuda. 

No i teraz nie wiem… czuję się teraz nieco.. ambiwalentnie ?

Jeden z chłopców, siedmioletni Patryk, podszedł do mnie po zakończeniu rysowania i zapytał :

- Proszę paniiii ? A pójdziemy dzisiaj na dwór?
- Wiesz, musimy zapytać tek drugiej pani, bo nie wiem, co zaplanowała.
- Proooszę, bo ja muszę trenować piłkowanie !
- Dobrze, zapytamy pani.
- A będzie pani na mnie patrzyła, jak będę trenował ?
- Jasne, że tak !

Rozmowie przyglądały się dziewczynki. Jedna z nich odeszła od ławki, i wyszeptała mi na ucho :

- Niech się pani nie godzi, błagam ! On chce panią wyrwać!

Nie skonfrontowałam spostrzeżeń dziewczynki z rzeczywistością, ponieważ było za zimno, by pójść na plac zabaw, ale na wszelki wypadek miałam Patryka na oku.. ;).

Godzinę później na świetlicy zjawił się chłopiec o imieniu Emil. Chłopca widziałam oczywiście pierwszy raz w życiu, on mnie z pewnością również. Nie zdążyłam go nawet powitać ani zamienić z nim paru słów. Ale nie przeszkodziło mu to w tym, by w butach i kurtce przybiec do mnie z drugiego końca sali i wykrzyknąć :

- Ja panią kocham ! Chyba się zakochałem !!!! Czy pani jest tu nowa czy pani jest wróżką ?
Odpowiedziałam, że jestem panią praktykantką i po raz kolejny musiałam wyjaśnić, że będę spędzać z dziećmi czas przez parę dni. Emil ni z stąd, ni z owąd, zmienił temat :
- A wie pani, że ja jestem Świadkiem Jehowy ????
Nieszczególnie lubię rozmawiać o religii, więc ucięłam krótko :
- No dobrze, a..
Chłopiec nie dając mi dokończyć – całe szczęście, bo zupełnie nie miałam pomysłu na odpowiedź – kontynuował :
- A wie pani, że ci, co chodzą do kościoła zostaną spaleni, a ci z Jehowy zostaną ocaleni ?
- Ooo, nie wiedziałam.
- A co pani robi w sobotę i niedzielę?
- Emilku, studiuję wtedy.
- Nie! Pani musi mieć wolną sobotę, niedzielę ORAZ weekend !
- A dlaczego tak ?
- Bo zabieram panią na zebranie Świadków.
- No wiesz, ale..
Chłopiec znów odpuścił mi odpowiedź :
- Dobrze. Widzę, że się nie zrozumieliśmy. – rzekł śmiertelnie poważnie, po czym zasiadł przy ławce, wskazał mi ręką miejsce naprzeciwko – niczym na rozmowie kwalifikacyjnej i dokończył :
- Ja teraz pani wygłoszę wykład profesorowski.
I właściwie.. poczułam się lekko zestresowana. Obawiałam się nawet, że prawdziwie zmiażdży mnie słownie. Zdałam sobie sprawę, że Emil jest szalenie, ale to naprawdę wariacko inteligentny i jak na swój wiek ogromnie elokwentny. Starałam się wsłuchiwać w to, co chce mi zakomunikować, ale kątem oka spoglądałam na resztę dzieci. Emil dostrzegł moje podzielanie uwagi i tym samym tonem, co przedtem, odrzekł :
- Pani nie słucha mnie należycie !!!!
Mimo iż nasze poglądy prawdopodobnie spierały się ze sobą, chłopiec i tak okazywał mi wielką sympatię, nie pozwolił mi nawet udać się do toalety, bo tak mocno ściskał mnie w pasie, że ciężko było mi się poruszać.

Po jakimś czasie jedna z pań pracujących na świetlicy, rozdała dzieciakom kartki z konturami rysunków, które miały wyklejać plasteliną. Na obrazkach widniały jajka wielkanocne, kurczaczki i zajączki.
Emil stanowczo sprzeciwił się wyklejaniu rysunków. Na pytanie pani, dlaczego, odparł :
- Ależ to jest zajączek chrystusowsko-wielkanocny !
- Emil, to jest normalny zajączek- odpowiedziała pani
Maluch parsknął. Oddał kartkę, rzucając na koniec :
- Wie pani co? Ja muszę być ROZSĄDNY.

Uśmiechnęłam się pod nosem, bo swoim zdecydowaniem Emil bije mnie na łeb. Jeszcze chyba nie nauczyłam się, że dziecięce oko wyłapie najmniejszy szczegół. Chłopiec dostrzegł mój uśmieszek i sympatycznie skwitował :

- A pani co tak cieszy? Niech pani tak się nie cieszy na zapas, bo z panią to sprawa wyglada tak, że panią porwę. Jak jakiś Arab albo chusteczkę higieniczną.

.. I zaprawdę powiadam Wam, że ta dwuznaczność skopała mnie po mózgu.

Dzisiaj miałam przyjemność przebywać także z dziećmi w pracowni komputerowej. Złapałam oddech, bo kiedy dzieci na poważnie zajęły się rozrywką, udało mi się wyjąć z torby butelkę z wodą i nawet prawie zdążyłam się napić. Prawie, bo przydreptał do mnie zerówkowicz, przesłodki młodzieniec Kubuś. Powiedział cichutko, nieśmiale :

- Proszę pani, bo.. bo ja chciałam zagrać sobie w taki wyścigóweczki.. ale.. ale wyskoczyło mi jakieś porno.

No podniósł mi malczan ciśnienie ! W myślach już rozpływałam się w swoim zażenowaniu, że w tej placówce nikt nie blokuje dostępu do pornochów. Niemalże podbiegłam do komputera spodziewając się gołej baby, która szczeli mnie po oczach swoją wypiętą dupą, ale kamień spadł mi z serca, kiedy ujrzałam okno z reklamą gry dla dziewczynek…

A propos dziewczynek. Podczas rysowania i ogólnych zajęć plastycznych, jedna malutka niewiasta uparcie tworzyła swój obrazek za pomocą kleju z brokatem. Popaprała się cała, całe ubranie świeciło się jej niczym księżycowy pył, chociaż nie mam pojęcia, jak księżycowy pył wygląda. 
Zaproponowałam jej, by poszła ze mną umyć ręce. Ucieszyła się, bo – jak stwierdziła w głośnym okrzyku – „jeessst ! Będę szła z panią za rękę!”. W ubikacji nadzorowałam czyszczenie rąk. Zauważyłam, że Nikola ma na sobie bardzo ładną, kremową tunikę, wyszytą gdzieniegdzie błyszczącą nitką. Nawiązałam więc do sytuacji :

- Masz taką bluzeczkę, jakby cała posypana była brokatem! Ale błyszczysz !
- Tak, ale to nie jest taki brokat klejowany. W sklepie mi ją tak
ubrokatowacili .

(tak, musiałam na szybko zapisać to słowo, bo nie sądzę, że bez tego udałoby mi się je powtórzyć..)

Zajęcia plastyczne wciąż trwały. Wkrótce w świetlicy zostałam sama z dziećmi, godzina była już późna, dzieci zmęczone. Zdecydowałam, że ożywię je jakąś zabawą. Wyciągnęłam jedną kartkę, zebrałam dzieci do kółeczka i wyjaśniłam : rysujemy nastraszliwszego potwora, jaki może istnieć ! Każdy maluch może narysować tylko jedną część ciała, a potem podaje kartkę innym dzieciom. Po kilku minutach wydawało mi się, że potwór jest już skończony, ale sześcioletnia Asia po chwili namysłu oznajmiła :

- Ja wiem, czego jeszcze brakuje temu strasznemu potworu !
- Co takiego – zapytałam
- Najstraszniejszy potwór musi mieć najstraszliwszego siusiaka !!! – po czym wzięła ogniście czerwoną kredkę i dorysowała to, co miała w zamiarze, pomiędzy nogami potwora.
Dzieci zaczęły chichotać, a po chwili jeszcze jedna dziewczyna dorzuciła swój pomysł :
- A z najstraszliwszego siusiaka muszą lecieć najstraszliwsze siki !

I może powinnam się oburzyć, ale śmiałam się razem z nimi..

Poza tym wielką sensację wzbudził kolor moich włosów i kolorowy ubiór. Może dzieci spodziewały się, że ujrzą panią w czarnym żakiecie i okularach z ciemnymi oprawkami ? W każdym razie..

- A wie pani co? Bo Ola powiedziała, że pani jest z innej planety.
- Jak to? Dlaczego tak myśli?
- Bo na tej nie ma takich kolorowych dorosłych!

- Przepraszam, czy pani jest ruda czy szafirowa ?
- Ruda, a jaki to jest kolor szafirowy?
- Taki kolorowo-kolorowy!

- Proszę pani, bo kolega mówi, że widział panią w telewizji.
- A to ciekawe ! A gdzie ?
- No przecież mówię, że w telewizji…

To też mnie zastanawia, ale co ciekawe, parę godzin później zostałam zapytana…

- Przepraszam, czy pani gra w kreskówkach ?

No nie wiem, chyba nie.. ale w zasadzie chyba powinnam zacząć o tym myśleć, bo ktoś kiedyś rzekł mi, że powinnam grać tam główne role (?!).

Wspomniałam już, że cenię w dzieciach bezpośredność?

- A mogę coś pani powiedzieć?
- Oczywiście, a co chciałbyś mi powiedzieć?
- A nie powie pani pani, że to powiedziałem?
- Nie powiem.
- Ale z pani laska !

Nie spodziewałam się, że dzieci odbierają mnie w ten sposób. Nie, na pewno nie tylko mnie – po prostu lubią nowe osoby, lubią małe-wielkie zmiany w codziennym życiu. Ale i tak miło jest słyszeć ciepłe słowa od dzieci. 
Zagadała do mnie Jola, ładna blondyneczka z zerówki. 

- A pani tu będzie na zawsze ?
- Niestety nie, kochanie.
- Ale będzie tu pani kiedyś pracować?
- Może jak się bardzo postaram, to kiedyś..
- A jak się pani nie postara ?
- Specjalnie dla ciebie się postaram. – odrzekłam, ale dziewczynkę mimo to zasmuciło to, co powiedziałam. Z przygnębioną miną powiedziała :
- Ale jak da pani plamę… ?
- Na pewno nie dam plamy, Jolciu.
- Prrrrrrrroszę, niech pani tu będzie na zawsze ! Na wieczność, do końca świetlicy !!! Aż wszyscy poumieramy !

Rozmowę podsumował mały Miron :

- Mówi się „zdechniemy” – jak chomiki! To wtedy pani praca dopiero dobiegnie końca!

Temat chomików postanowił podjąć wspomniany wcześniej filozof Emil :

- Pani Karolko, ja miałem kiedyś chomika. A nawet miałem szynszylkę i oną bardzo fajnie się toczyło z górki u babci na wsi.
- Jak to toczyło ?! Toczyłeś szynszylę z górki ?
- A co.. ? Tak nie wolno ? To jest gdzieś napisane w regulaminie świetlicy ?

Jak to zwykle bywa z dziećmi, szczególnie tak ogromną grupką, zdarza się, że przychodzą momenty spięć między nimi. I wówczas Pani Wiewiórka wkracza do akcji. Dziś rozwiązywałam bardzo nietypowy spór.
Trzy dziewczynki siedzą przy stoliku na stołówce, toczy się między nimi żywa dyskusja. Sytuacja wymyka się spod kontroli, kiedy dostrzegam, że dziewczyny okładają się małymi rączkami i szarpią za warkocze. No więc wkraczam do akcji :

- Dziewczyny ! Co to ma być ? Jak tak można ? O co za kłótnia ?
- Proszę paniii…. – wykrztusiła płaczliwym głosem jedna z dziewczyn – Bo Wiki mówi, że pani jest jej, a pani jest moja… tylko moja!

Kolejny spór wywiązał się między Radkiem a Michałem. Przekrzykują się nawzajem, wyzywają od „głupich krów”, a nawet „pip”. 

- Chłopaki, spokój, bo zaraz naprawdę się zdenerwuję !
- Ale Radek mówi, że ja wygrałem konkurs !!! – krzyczy zdenerwowany Marcin
- No to chyba dobrze, że wygrałeś, prawda ? – pytam
- Ale Marcin mówi, że ja wygrałem przedszkolny konkurs miss ! – rzuca oburzony Radek
Z pełną powagą i trochę bezmyślnie odpowiadam :
- To nieważne, Radku. Najważniejsze, że wygrałeś.
Ale jak się okazało, wystarczyło to, by rozwiązać spór… choć może było to mało pedagogiczne..?

Kiedy długi dzień dobiegał końca, kiedy pożegnałam się już z dzieciakami i schodziłam po schodach, minęłam na nich dwie dziewczynki, które wracały do świetlicy. Jedna z nich pyta :

- A czy przyjdzie pani do nas też jutro ? Prosiiiimy !
- Tak, jutro na pewno przyjdę! – odpowiadam
- No. Bo jak się okaże, że pani nie będzie to.. to chyba zadzwonię po policję.
Po chwili wtrąca się druga z dziewczynek :
- No właśnie ! JP !!!!
Zamarłam w szoku i pytam obawiając się odpowiedzi :
- A Ty wiesz, co to znaczy ?
- Wiem. To znaczy : Jestem Policją.

I chwała Ci za to. Oby świat nigdy  nie wylał na Ciebie szamba prawdy.

Dobranoc :) !

Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale chciałabym, żeby Katarzyna Cichopek wstrzyknęła mi Pavulon w palce. Ale, niestety, nie z tego powodu nie pisałam. Wiesz, szefowa powiedziała, że jednak mamy nikogo nie przyjmować, bo nie ma funduszy na wypłaty..
Ojojojoj. Nic się nie stało. Pozdrowienia od firmy es es i jot. 

No głupio wyszło, głupio i czuję się wychujana, ale pocieszam się tym, że tak miało być i to wcale mnie nie pociesza ;).

Zajmuję się natomiast dwuletnią dziewczynką, którą nazwijmy sobie Zuzia. Musimy sobie ją tak nazwać, bo gdyby jej rodzice to wszystko przeczytali, to dowiedzieliby się, że są strasznymi cymbałami. Mam nadzieję, że jak Zuzia zacznie mówić, to sama im o tym powie.
Dziewczynka w przeciwieństwie do rodziców jest urocza i gdyby nie to, że stasznie ją polubiłam, na pewno dawno bym stamtąd spieprzyła.
Jak dotąd nauczyła się mówić parenaście zwrotów, których potrafi już używać adekwatnie do sytuacji. O tym, do jakiego stopnia adekwatnie, przekonałam się, oglądając z nią książeczkę z obrazkami. Zawsze wykonując tę czynność, opowiadam jej o postaciach, które widzi.

Tak też było, kiedy padło akurat na jakąś książkę o warzywach. Wskazuję na jedno z nich i pytam :

- No, Zuziu.. a tutaj co widzisz?
Dla mnie oczywistym było, że obie widzimy buraka, ale mała dostrzegła w nim coś więcej. Ucieszona odpowiada :
- Tatuś !!!!!

Z trudem przez gardło przeszło mi : „nie, to jest burak!”, ale przecież i tak obie miałyśmy na myśli to samo. 
Podobna sytuacja miała miejsce zimą, kiedy przed blokiem ujrzała wielkiego bałwana, również nazywając go tatusiem. Taka mała, a taka uświadomiona…

W zeszłym tygodniu poszłyśmy do piaskownicy. Wzięłyśmy ze sobą bańki mydlane, gdyby Zuzi znudziło się grzebanie w piasku. Tak też stało się po jakimś czasie, więc usiadła obok mnie na ławce. Wyciągnęła z reklamówki bańki mydlane, podała je mnie i krzyknęła : „duziaaaaaaaaa!”. Oznaczało to w jej języku, że chce, bym zrobiła jej dużą bańkę. Wypełniłam swą powinność i wskazując na unoszącą się do góry ogromną bańkę, mówię radośnie :

- Zooobacz, Zuzia!! Jaka bańka! Taaaaka duuuża!
Dziewczynka z otwartą buzią przygląda się temu zjawisku i po chwili zamyślona rzecze:
- No.. jak Bóg..

Zszokowało mnie to tym bardziej, że było to właściwie pierwsze zdanie wypowiedziane przez nią, które.. miało sens? Nie wiem, jak Wy, ale mnie to skłoniło do refleksji.

Wolę jednak wierzyć w to, że Zuzia nie zawsze jest świadoma tego, co mówi. Bo rozumiem, że woła na mnie „nianiusia”, „jajusia”, „jajko i „jajo”, ale kiedy ostatnio z drugiego pokoju usłyszałam : 

- Anus! Oć tu !! ,

to naprawdę, naprawdę.. jesteśmy w dupie..

Pamiętam jeszcze okres, kiedy Zuzia przeżywała ogromną fascynację literkami „ś” oraz „ć”, w kółko powtarzając sobie pod nosem : „kiciuśśś”, a ja ewoluowałam z „niania” na „nianiuś”. Ale pewnego razu naprawdę przegięła pałę.

Dziewczynka dopadła gazetę z półki, na jednej ze stron widniało zdjęcie rodziny jedzącej śniadanie. Postanowiłam, że i ten moment wykorzystam na zachęcenie Zuzi do mówienia, zwracam się więc do niej :

- Ooo. Tu mama, tata i chłopczyk jedzą śniadanie w swoim domku. A kto mieszka w Twoim domku, Zuzia?
Na co ta, jednym tchem, absolutnie bez zająknięcia się, odpowiada :
- Mamuś, tatuś, dziadziuś, nianiuś, kiciuś, miś, liść, iść !

Brawo, Zuzia! Nie pominęłaś żadnego członka swojej rodziny.

Chciałabym obiecać, że będę pisać, kiedy Zuzia na dobre rozkręci się w mówieniu, ale prawdopodobnie wtedy już mnie przy niej nie będzie. Na pewno będzie to trochę przykre, bo wspaniała jest świadomość, że można być jakąś cząstką życia takiego małego stworzonka. Ona niedługo mnie zapomni, ale cieszę się, że mogłam dać jej choć trochę radości, a ona odpłaciła się tym samym.

Nie pisałam tak dawno, że wiele zdążyło się już zmienić. Pracy w bawialni dla dzieci nie podjęłam, ale przeszłam za to szkolenie- i choć trwało krótko, przez chwilę przypomniałam sobie, jak to jest mieć dwudziestkę dzieci na głowie i ani chwili na oderwanie się od absurdu.
Już pierwszego dnia, po paru minutach, usłyszałam wołanie dwóch dziewczynek ze zjeżdżalni :

- Czeeeeeść !!! Pobawisz się z nami ???
- Za chwilkę, bo muszę tutaj z panią porozmawiać.

Dziewczyny jednak nie dają za wygraną i po chwili znów słyszę :
- No pooobaw się z naaamiii !!!
Podchodzę więc, gdy jedna z nich pyta :
- A jaak masz na imię ?
- Karolina, a wy ?
- Ja jestem Amelka, a to jest Klaudia !!
- A ile macie lat ?
- Ja mam pięć, a Klaudia sześć! A ty ile masz ???
- Ja mam dwadzieścia jeden..
Wtem na twarzy Amelki maluje się ogromne zdziwienie zmieszane z zawstydzeniem. Po chwili odpowiada :
- Coo ?! O kurde.. bo ja myślałam, że siedem…

No wreszcie jakaś szczerość na tym świecie! A nie jakieś durne wmawianie, że faktycznie wyglądam młodo, ale na jakieś szesnaście, siedemnaście lat. Wy kłamki !

Tego dnia miałam prowadzić imprezę urodzinową dla dzieci. Jedna z dziewczyn, z którą miałam pracować zajmowała się z dziećmi nie uczestniczącymi w urodzinach, a ja tymi przy stole. Siedziałam więc i pomyślałam, że zintegruję się z grupką i nawiążę dialog tematyczny ;). Pytam więc, gdzie chciałyby spędzić swoje wymarzone urodziny. Trudno mi powiedzieć, co sama odpowiedziałabym na to pytanie, będąc w ich wieku. Ale słysząc ich odpowiedzi, zdałam sobie sprawę, że mam naprawdę bardzo biedną wyobraźnię.

Karolinka, 6 lat :
- W garażu !!!!
- Dlaczego ?
- Bo byłoby fajnie!

Mateusz, 7 lat :
- W kopalni !!!
- Ale dlaczego?
- Bo mógłbym się caaały ubrudzić !

Ola, 6 lat :
- Na dworcu w Katowicach !
- Dlaczego na dworcu ?!
- Żartuję ! A była pani tam? Ale śmierdzi, co nie?!

Eryk, 6 lat :
- W samochodzie, a wie pani dlaczego ?
- Naprawdę nie mam pojęcia
- Bo mało osób by się tam zmieściło!

Wzruszyła mnie jednak wypowiedź siedmioletniej Milenki :
- To są moje wymarzone urodziny i chciałabym, żeby pani tu była na każdych urodzinach!
- Ojej, dziękuję, to bardzo miłe..
- No ! I żeby moi rodzice panią wzięli.
- Ale jak to wzięli ?
- Normalnie- adoptowali. Tak jak psa ze schroniska!

Ej, ja na serio jestem taka podobna do psa? Rodzice powiedzieli, że nie. Kochane Bravo, co robić ????

Przy tym samym stole dowiedziałam się bardzo interesujących rzeczy. Wciąż prowadząc dialog tematyczny, zaczęłam zagajać, że w tym pomieszczeniu jest piękna urodzinowa dekoracja i bardzo kolorowa. Jedna dziewczynka przyznała mi rację, mówiąc :

- No właśnie! Bardzo ładnie tutaj.. ten zielony kolor jest ładny. To mój ulubiony kolor zaraz po różowym.
- A dlaczego tak lubisz różowy kolor?
- Bo jest ładny i go lubię!

Wtrąciła się inna dziewczynka, koleżanka tej pierwszej :
- Bo ona bardzo lubi Dodę, a ona się ubiera na różowo.

I jeden z chłopców, który do tej pory biernie przyglądał się dyskusji, plasknął sobie otwartą dłonią w czoło, mówiąc z buzią pełną ciastek :
- Dzieeeewczyyyyny.. przecież ta Doda wygląda jakby ją ktoś orzygał…


  …I zawsze podziwiałam facetów za tę niczym nie skrępowaną jasność umysłu..


Potem przyszedł czas na oglądanie prezentów. Prezenty zwaliły mnie z nóg i doszłam do wniosku, że cieszę się, że nie żyję w tych czasach i nie dostaję naklejek z Hannah Montana. Ale to jeszcze nic. Siedmioletnia solenizantka Kasia otrzymała mp4 i swoją radość wyraziła w ten sposób : 

- Jaaaaaaaaaa !!! Jak mój tata to zobaczy, to się norrrrmalnie zessra !!

Szalejąc z radości zaczęła skakać dookoła, biegać po całym terenie bawialni, aż w końcu położyła się na podłodze. Podeszłam do niej lekko zaniepokojona, ponieważ nie wstawała dłuższą chwilę. Pytam Kasi :

- Kasia, nic ci nie jest? Wszystko w porządku?
- Wszystko dobrze.. po prostu się spociłam jak świnia z tej radości

I wiecie co? Nawet nie wiem, jak to skomentować. Wybierzcie sobie właściwy komentarz spośród :
a) lol
b) rotfl
c) lmao

Następne zdarzenie, które chodzi mi po głowie to kolejna impreza dla dzieci, którą prowadziłam jako animatorka. Odbywało się to w prywatnym przedszkolu, ja przebrana byłam za księżniczkę, a uczestniczkami imprezy same dziewczynki, również wystylizowane na damy. Każdej z niej pomagałam się ubierać. Jedna poprosiła mnie, bym poszła z nią do łazienki i założyła jej sukienkę. Zgodziłam się, a zaraz po tym, jak zamknęłyśmy za sobą drzwi, usłyszałam :
- Ja się teraz rozbiorę, ale proszę uważać, bo będą cycusie!

Ale.. ale na co mam konkretnie mam uważać…?

Zaraz po wyjściu ta sama mała księżniczka z zafascynowaniem poinformowała mnie : 

- A wie pani co ?!?! Ja dzisiaj zrobiłam kupę i wie pani co ?! Ona była zielona !

Roześmiałam się i nie bardzo wiedząc, co odpowiedzieć, odrzekłam wreszcie :

- Naprawdę? No to ja nie wiem naprawdę, co ty wcześniej jadłaś!

Dziewczynka spojrzała na mnie, z poważną miną myśląc przez chwilę i odparła :

- Noo.. no przecież chyba nie gówno!

No to ja już nie mam pomysłów na to, co mogłaś jeść…

Drodzy moi, godzina już nieco późna, a pani ciocia wiewiórka musi za parę godzin wstać.
Przepraszam za moje ogólne rozpieprzenie i oczywiście za Katarzynę Cichopek. Dziękuję, że mimo to ktoś tu ciągle wchodzi :)
A jeśli już mówimy o wielkich gwiazdach hollywood, to :

- Pani mi kogoś przypomina..
- Tak? A kogo takiego ?
- Ach, jejku.. kto to był..
- Spróbuj sobie przypomnieć, bo jestem ciekawa..
- A! Już wiem! Chyba You Can Dance !

Dobranoc ! :)

Cześć, Tereska!
i oto powrócił największy cham, który nawet nie raczył się pożegnać.
Nie piszę, by wypełnić swą powinność pożegnania się. Nienawidzę pożegnań.
Niestety zmuszona byłam  odejść ze świata bajki.
Z ciemności do światła droga nie była łatwa.
Ale światło sprawiło, że dziś witam się z Wami na nowo :)
Za parę dni przypomnę sobie, jak to jest słyszeć jednym uchem o sikach, a drugim o kupie i powiem szczerze.. tęskniłam za tym.
Wróciłam.
Czujecie?
Nie, to nie kupa…. to  wiosna dobija się do mojego mózgu.

K.


Czy wiesz, że ……..

Wpisując w google :

„zdjęcia nagich babci w rajtuzach”
„pierwsze oznaki gejostwa”
„dorosły lubi chodzić w rajtuzach”
„gdzie mieszka tori spelling”
„tadeusz wyznaje milosc do zoski i mowi o swojej pomylce”
„mój tata ma robaki w dupie”
„robaki z kanalizacji”
„klaudia ktora nie umie zrobic kupy”
„yyyy jajko”
„z czego wylatuje żółte szmatki?”
„chcę być lwem”
„piosenki o wojnach, głodzie, smutku i bólu”

…. trafisz na pracownictwowielkichidealow.blog.pl?
Tak powiada moja strona ze statystykami.
Boję się. 
Czuję strach, który nasuwa pytanie : Boguuusiuuu, kim są Czytelnicy tego bloga? ;)

Ja natomiast opanowałam do perfekcji umiejętność cofania się w rozwoju. 
Dziś pytałam K., kto uczył Jezusa chodzić i czy w Betlejem pada śnieg, a jeśli tak, to skąd mieli tam buty zimowe? Interesowało mnie też, czy w tamtych czasach była kanalizacja, a jeśli nie, to dlaczego nikt nie zadzwonił po hydraulika? Doszłam do wniosku, że kanalizację opatentowały dinozaury. 
Znajdę argumenty do potwierdzenia mojej teorii, dajcie mi tylko troszkę czasu. Jeszcze parę rozmów z dzieciakami, a znajdę odpowiedź na każde pytanie. Naprawdę. 
Będąc dzieckiem, kiedy siedziałam z rodzicami i bratem przy kolacji, w telewizji leciała reklama tamponów O.B. Wyglądała ona tak, że jakaś kobita jechała na rolkach i zaciskała w ręku tampon właśnie. I tu widzimy zbliżenie na owy przedmiot, który powiększa swoją objętość w dłoni dziewczyny. „WTF?!” – pomyślałam. Tak naprawdę pomyślałam : „ojej, a o co chodzi?”, więc spytałam mamy, po co są te tampony. Uzyskałam odpowiedź : „jak dorośniesz, to się dowiesz”. I sama musiałam latami dochodzić tego, że tamponów to nie trzyma się w ręce podczas jazdy na rolkach. Ale w końcu znalazłam odpowiedź, gdzie się je trzyma. Więc nie wmówicie mi, że to nie dinozaury stworzyły kanalizację.

Jestem taka niedojrzała.

To nasuwa mi na myśl sytuację, mającą miejsce po świętach, kiedy na placu było tak wiele dzieci, że z minuty na minutę nogi były coraz bliższe znalezienia się w mojej, hm, dupie.
Był ranek, skupiłam na chwilę swoją uwagę na dwóch chłopcach przymierzających się do zjazdu na zjeżdżalni. 
Oboje siedzą już na niej, ale ten pierwszy ma problemy z zebraniem się w sobie do zjazdu. Drugi traci cierpliwość i szturchając go, krzyczy :

- Ruszaj się, mały-niedojrzały!
Zaśmiałam się, i komentując jego myśl, zapytałam :
- A co, ty jesteś taki dojrzały?
Chłopiec z zaciętą miną odgarnął zawadiacko włosy, odpowiadając :
- Jak nikt. Jak anioł zgniły.
Aaa, to przepraszam.. Anioły zgniłe to kwintesencja dojrzałości. 
Drugi chłopiec z zainteresowaniem słuchał naszej wymiany zdań i kiedy udało mu się skumulować burzę myśli, odwracając się w stronę malucha, zripostował :
- Tyłek zgniły masz.

Ciekawym zdarzeniem było ujrzenie, jak sześcioletni Michael wypłacił młodszemu koledze liścia w twarz.
Kiedy zamierzałam już interweniować, puszczając siarczystą wiązankę w stronę chłopca, zaatakowany maluch wstał, otrzepał się i rzekł do Michaela :

- To co? Bawimy się dalej ?

Matko. Jak ja zazdroszczę mu życia. To się nazywa upór, wytrwałość, pewność siebie. Marry me.

Zabawy niekiedy kończą się obrażeniami, o których dzieci oczywiście pragną nas powiadomić. Tak jak chłopiec, który ze skrzywioną miną podchodzi, masując sobie nogę. 

- Ona mi złamała kręgosłup.. – informuje, nie przestając masować kończynki.

Kręgosłup to jeszcze nic. Najgorsze są rany na paluszkach. Wie o tym trzyletnia Ania, która wpatrując się w palec, siada na materacu bardzo smutna, a na pytanie :

- Ojejciu, a co się stało, robaczku?, 
wyciąga palec przed moje oczy, odpowiadając :
- No patrz.. ziazix…

Wczorajszy dzień sponsorowała Roksana, przebywająca na placu 5 godzin. Specjalne wyróżnienie dla jej mamy, która zostawiając u nas córeczkę, zwraca się do niej :

- Roksanko, gwiazdeczko moja, mamusia zaraz po ciebie przyjdzie, dobrze? Za parę minutek, tylko wyjdzie na papieroska…

To musiał być duży papierosek, Roksaneczko, gwiazdeczko ty moja. A może pani nie umiała odpalić.

Roksi oczywiście przywitała się ze mną, zasypując mnie komplementami na samym wejściu :

- Mmmmmmmmmm! Pachniesz piwem !!! A mi.. ale mi śmierdzą zęby !!!! I pierdłam ! A raz tak bekłam, że było słychać w całej kuchni, aż ludzie w oknach się zebrali na patrzenie !! 

Oooo. Same smakowitości. Mów mi jeszcze, a na pewno uda mi się zwrócić sernik z pierwszej komunii świętej.

Nie tylko ja zasłużyłam na komplementy, ale także czteroletni Maciuś, do którego dziewczynka krzyknęła na powitanie :

- Mele bele, ZŁOMIE !!!

Roksana jak to Roksana, szybko znudziła się zabawą i zażądała kartki do rysowania. Spełniłam jej zachciankę, ale straciłam cierpliwość, kiedy dziewczynka usiadła na biurku, uznając, że tu właśnie chce oddać się rysowaniu. Tłumaczyłam jej, że to nie jest miejsce do siedzenia, ale nie docierało. Stwierdziłam więc, że zabiorę jej kartkę i oddam, kiedy posłucha mojej prośby. Tak też uczyniłam, co okropnie małą rozwścieczyło. Gwałtownie wyrwała mi kartkę i z miną zirytowanej emerytki, krzyknęła :

- Zabieram tą pierdoloną kartkę do domu i gówno mnie to obchodzi !!!

Powiedziałam złośnicy, że przekażę mamie, jak pięknie się wyraża, co od razu zmazało uśmiech z jej twarzy, ale chcąc pójść na kompromis, zaproponowałam, że nie zrobię tego, jeśli obieca mi, że będzie bawić się grzecznie i nie będzie używać wulgaryzmów.

- Roksana, obietnica to obietnica, użyłaś dziś dwóch brzydkich słów i limit się wyczerpał, teraz proszę o spokój.
- Ale dwa to bardzo mało !!!
- O dwa za dużo.
Roksana widocznie posiadała większą wiedzę w kwestii mało i dużo, bo bardzo rozemocjonowana, oznajmiła :
- Czy ty w ogóle wiesz coś? Wiesz ile to jest dużo? 50 albo 30.

Karolina nic nie wie… Karolina się nie nauczyła…

Niestety, tak jak się spodziewałam, dziewczynka obietnicy nie dotrzymała. 
Ucieszyłam się, gdy na plac przyszedł chłopiec imieniem Oliwier, bo złudnie wierzyłam, że Roksana zaprosi go do wspólnej zabawy. Chłopczyk na wstępie jednak został z góry skreślony. Kiedy ten rozbierał kurtkę i buty, mała przyglądała mu się z założonymi rękami i po chwili stwierdziła :

- Ale on jest głupi.
Podjęłam próbę wytłumaczenia jej, że to nieprawda, ale bezskutecznie…
- Nie, nie jest, to jest bardzo fajny chłopiec i mogłabyś się z nim pobawić.
- Co ty, on jest bardzo brzydki ..! Ma ryj jak świnia z płotem !!!

Roksana cały czas obserwowała Oliwiera, tak jakby chciała dociec do tego, dlaczego jest taki „głupi” i „brzydki”. Myślałam, że w końcu przekona się do zabawy z nim, ale straciłam nadzieję, kiedy ta rycząc ze śmiechu, krzyknęła :

- On wygląda jak osioł !!!!!!!!

Ogólnie Oliwier był mało komunikatywny, ale wyglądało na to, że obelgi Roksany w ogóle go nie dotykają. Dziewczynka korzystała więc z tego w najlepsze. Znów zasiadła do rysowania, ja spoglądałam na chłopca. Zauważając, że wspina się na zjeżdżalnię po zjeżdżalni, rzekłam :

- Słonko, nie wchodź po zjeżdżalni, bo….
W tym momencie chłopiec ześlizgnął się i poleciał w dół, co sprawiło, że Roksana śmiała się jak oszalała, krzycząc :

- Ale występ !!! Wszystkie dzieci, co wchodzą po zjeżdżalni, to to jest występ !!

Po czym wkręciła sobie, że przyszła do teatru na przedstawienie, gdzie w sztuce gra chłopiec. Biegała radosna po placu, wołając :

- Zapraszam na występ !!! To jest bajka, której nigdy nie zapomnicie !

Później zaciągnęła mnie obok zjeżdżalni, gdzie znów do wspinaczki przymierzał się Oliwier. Zaproponowała mi, że będziemy patrzeć na przedstawienie siedząc na materacu. Przystałam na propozycję, bo nogi bolaly mnie okropnie. Roksana znów przyglądała się każdemu ruchowi chłopca, oczekując, że znów fiknie ze zjeżdżalni. Kiedy zaczęło się na to zanosić, mała gwałtownie wstała i wskazując jak prezenterka dwoma rękami na Oliwiera, krzyknęła :

- Proszę bardzo !!! Przed paaaaaństweeeeeem…. GÓWNO !!!!

Jak to stwierdziła kiedyś Aga : to dziecko wyrośnie na małą suczkę, ale i tak wszyscy będą ją lubić, bo jest ładna.

Doszłam do wniosku, że Roksana za bardzo sponiewierała chłopca, więc uznałam, że lepiej będzie, jak odwrócę jej uwagę od wszelakich występów i sama się z nią pobawię. Była wniebowzięta, kiedy zgodziłam się zjeżdżać z nią ze zjeżdżalni, a ja czułam się trochę, jakby była to moja dobra kumpela i kiedy przygotowywałyśmy się do kolejnego zjazdu, wyrwało mi się :

- Ała, kurde !!!!! Roksana, siedzisz mi na klacie !!!!!!

Ta aż trząsła się od śmiechu i nie mogłam opanować jej ataku.

Później postanowiłam odpocząć od zabawy i usiadłam przy biurku. Roksana jednak była nieugięta, co chwilę marudziła, żebym dalej się z nią bawiła. 

- Roksanka, ale ja już nie mam siły. Jestem chora, daj mi chwilę odpocząć.
- A chora !!!!! Baw się ze mną, bo powiem mamie, że pachniesz wódką !!!
- ?!?!?!?!
- No bawmy się, bo będę ci pokazywać dupę !!!

To się nazywa dar przekonywania. Dupa zawsze czyni cuda.

Bawiłyśmy się więc dalej, siedząc na dużych piłkach i udając, że nie możemy z nich spaść, bo na dole jest ogień. Musialam jednak przerwać zabawę, gdyż ujrzałam, że przyszła jakaś nowa dziewczynka. Mówię więc do Roksi :

- Czekaj chwilkę, bo przyszła dziewczynka.
Na co Roksana, bardzo niezadowolona, odparła :
- No nieeee.. i pewnie będzie tu srała..
 
No wiadomo. Po cóż innego miałaby tu przyjść? Bawić się? No co ty. To jest plac do srania.

Dwie godziny po przyjściu Roksany, odwiedziła ją niania, która miała dodatkowo jej pilnować. Dziewczynka bawiła się w najlepsze, więc uznała, że poinformuje opiekunkę o swoich planach :

- Ja tu zostanę jeszcze pięć godzin !!!
Niania pokręciła zirytowana głową, odpowiadając :
- Nawet mnie nie dobijaj…
Roksana pokazując dziewczynie język, rzuciła w biegu :
- Jaja to masz ty !!!!!!!!

Po czym, zwracając się w moim kierunku, oznajmiła dumna z miną cwaniaka :

- Ale ja ją traktuję, nie?

Aga ma rację- Roksi jak na swój wiek (i pomijając jej wulgarne wybryki), zdaje się być inteligentniejsza i bardziej bystra niż dzieci w jej wieku. W dodatku bardzo ładnie śpiewa, co zaprezentowała mi przed nowym rokiem, kiedy to zajęta rysowaniem, zanuciła pod nosem, do melodii „Bóg się rodzi, moc truchleje” :

- ŁEŁEŁEŁE, BÓÓÓG SIĘ ROOODZI, PAN JEZUSEK SIĘ ROZCHOOODZI !

Co jak co, ale nie tylko Pan Jezusek się rozchodzi, ale ja również..
Tak więc, zakładam na głowę beret pełen porycia i wskakuję do łóżka, gdzie być może znów odwiedzi mnie sen o tym, że niechcący spuściłam dziecko w kiblu. 
A Wy… pamiętajcie o złotej zasadzie : bawcie się. Bo nigdy nie wiecie, kto dziś pokaże Wam dupę…


ja 23:48:05
kurde dzis jak zaspalam do pracy
ja 23:48:14
to nie zdazylam biglow przelozyc do kolczykow od Twojej siostry
ja 23:48:17
poszlam w niklowanych
ja 23:48:21
i mam uczulenie na twarzy
on 23:48:48
:D to po co zakładałas w ogole :)
ja 23:49:02
bo sa ladne i mi pasowaly do botow
ja23:49:07
kurwa.. butow ;d nie mam muzgu
ja23:49:11
BOZE
ja 23:49:14
mozgu ;d;d;d;d
on 23:49:48
:D
on 23:50:18
pograzasz sie :D
ja 23:50:24
i nie bilgow tylko bigli….

.. chyba.

I teraz już rozumiem. Notka nie ma prawa powstać, jeśli w moim mUzgu nie nastąpiło dostateczne porycie. Święta sprzyjają odpoczynkowi, a w takim stanie człowiek odbiera świat inaczej, zwyczajnie po prostu. Święta.. nawet nie życzyłam Wam Wesołych Świąt. Ale wierzcie mi na słowo- zamierzałam! ;) Czuję, że rozumiem doskonale chłopca, który dziś wychodząc z placu, bardzo chciał złożyć nam życzenia świąteczne, jednak w ciągu sekundy zdał sobie sprawę, że to trochę.. przeterminowane.. ale wybrnął z sytuacji w bardzo poradny sposób, życząc nam :

- Wesołych…… poświąt…

Pierwszy dzień w pracy po świętach jest jak obudzenie się z pięknego snu brodząc po szyję w szambie. Spodziewałam się szamba po kostki, po kolana, ale moja wyobraźnia nie sięgnęła tak głęboko. Nie przewidziała, że przyjdzie mi się zmagać z rodzicami, którzy ubrali dziecko w złe buty („bo tamten bucik był taki jak ten, ale nasz był pogryziony przez pieska, a ten nie jest..”) i mają pretensje do nas („panie tu powinny tego pilnować!” – sorry man, ale ja dzieci pilnuję, a ich buty to ja „mam w dupie” [przyp. Roksana]). Ale wszystko to, nawet ręce telepiące się z nerwów, rekompensuje radość, jaką przynosi kontakt z dzieckiem, nawet jeśli kończy się on zabawą w więzienie/zbiorowym leżeniem na pani cioci wiewiórce/zaglądaniem pani cioci wiewiórce pod bluzkę/bezlitosnym szarpaniem za włosy. 
Dziś w ogóle był jakiś nerwowy dzień. Dzieci były bezwzględne i tak niesamowicie kreatywne w wyzywaniu się nawzajem. 
Pracowałam dziś z Agnieszką; przychodzi do nas Oliwier, siada na ławeczce obok i żali się :

- On powiedział do mnie „śledzie”…

Zaśmiałam się, próbując zakamuflować tym samym swoją bezradność. Wpadłam oczywiście na bezsensowne wytłumaczenie zaistniałej sytuacji, które nie potrafiło przekonać nawet pięcioletniego chłopca :

- Może.. może on po prostu ma ochotę na śledzie i źle go zrozumiałeś..?

Chłopiec spojrzał na mnie i bez namysłu odrzekł :

- Nie.

I powiedział to w taki sposób, że nie miałam wątpliwości – jego „nie” brzmiało jak „no chyba cię pojebało?”.

Oliwier był nieco nadpobudliwy i po pewnym czasie nieznośny wręcz. Nie docierały do niego ostrzeżenia pt. „jeszcze raz tak zrobisz i dzwonię po rodziców”. Agnieszka w ramach kary posadziła go na ławce, tłumacząc, że dopóki się nie uspokoi, nie będzie mógł bawić się dalej.
Chłopiec siedział dłuższą chwilę i w końcu niespokojnie zapytał :

- Proszę pani, uspokoiłem się już…?

Moja odpowiedź była poziomem bardzo zbliżona do pytania („Nie, jesteś jeszcze bardzo nieuspokojony”).

Nie jestem pewna, ale to chyba właśnie Oliwier był autorem kolejnej złotej myśli. Wybiega zirytowany z placu, skarżąc się z bardzo niezadowoloną miną :

- On mnie przedrzeźnia i mówi na mnie „gówno” ! ! !

Jakoś nie wyobrażam sobie tej scenki. Ale wierzę na słowo. Jednak chłopiec, który był rzekomo winny temu występkowi, zbulwersowany krzyknął zza siatki :

- KŁAMCA !!!!!

Kolejne wulgaryzmy zarejestrowałam pod koniec dnia, wyczerpana do granic niemożliwości i chyba rozumiem te dzieciaki, że czasem puszczają im nerwy. Zazdroszczę im, że mogą tak bezkarnie wyrażać swoje emocje i w dodatku brzmi to tak słodko i niewinnie.

- Proszę pani, ten chłopak w czarnej koszulce powiedział „spierdalaj” !

Musisz się przyzwyczaić. Dorosłe życie w dużej mierze opiera się na tym słowie.

Serce zapłonęło mi żywym ogniem radości, kiedy ujrzałam na placu Kubusia. Tego od Jacentego Mrówki. Booguuusiu, wyprzytulał mnie, wycałował, a potem skrzywił psychicznie. Te jego historie o panu na lowodisku [lodowisku- przyp. redakcja], co rozbił sobie głowę i przyjechała karetka łiłułiłuuuu. Kiedy już aż spocił się od gadania, usiadł i zaczął rysować wóz strażacki. Z jego zwierzeń dowiedziałam się, że chce zostać strażakiem. Oraz policjantem. Strażakiem – rozuuumiem, każdy chłopiec chciał kiedyś zostać strażakiem. Ja też chciałam. Nie trzeba tłumaczyć, dlaczego. Ten pot sciekający z przyjaranej klaty naprawdę robi klimat. Zaciekawiło mnie bardziej, skąd marzenia chłopca o zawodzie policjanta. Dla Kuby odpowiedź była jak najbardziej oczywista :

- Chciałbym gonić złodziejów, mordercy.. Takich, którzy są źli… I są pijani. Jak pani.

Alleee… allll…ee.. ooososichoziiii…

Kuba to diabełek w aureoli, z czasem nawet i on zaczął dokazywać, biegał po placu jak oszalały, ale w przeciwieństwie do niektórych dzieci, znał umiar i wiedział, kiedy przestać. Ostrzegałam go, że jeśli nie będzie grzeczny, to powiem wszystko rodzicom. Nie działało. Nie działało też ostrzeżenie, że jeśli nie będzie grzeczny, to już więcej nie wpuszczę go na plac. Ale zdecydowanie dotknęło go, kiedy w akcie desperacji, rzekłam :

- Dobra Kuba, w takim razie zabieram cię do siebie do domu i będziesz mieszkał ze mną do końca życia.

Ten chwycił się za głowę i podczas jego ucieczki na samą górę placu, słyszałam tylko donośne: 

- nnnniiiiIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !!!!!!!!!!!!

To ten sam Kuba, który parę minut wcześniej wieszał mi się na szyi, mówiąc :

- Ty jesteś moja!

Doceniam jego wyraz oddania, ale Agnieszka musiała być bardziej zadowolona, kiedy usłyszała dzisiaj od jednego chłopca, że kiedy ten dorośnie, Ona zajdzie z nim w ciążę. 

Zapomniałam dodać, że Kuba w odwecie, kiedy już ucichło jego „nnnniiiiIIIIIIIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE !!!!!!!!!!!!”, zagroził mi :

- A ciebie dam do więzienia ! Na balkon !!!!

Co jak co, ale nie można zarzucić mu, że jest nieprawdomówny. Bo jak obiecał, tak uczynił, zaciągając mnie do pomieszczenia z małą zjeżdżalnią i rzucił się na mnie, co sprawiło, że po chwili leżałam już na materacu, przykryta jego ciężarem. Męka zaczęła się, kiedy postanowił ciągnąć mnie za korale, które miałam na szyi. Tłumaczyłam mu, że nie wolno tak robić, bo bardzo je lubię i nie chciałabym, by się zerwały. Na chłopcu nie zrobiło to niestety większego wrażenia :

- A ja bym chciał, chciałbym ci je zepsuć, żebyś je musiała odkupić za miliard euro od pani wodnej bomby. Wtedy powiedziałbym : „dzień dobry panie grzeczny”.

I naprawdę czuję się usprawiedliwiona, że po takim distroju psychicznym, wsiadam po pracy w tramwaj i wystawiając do góry pięść z plastikowym pierścionkiem Troskliwego Misia, mówię do obcych ludzi : „siła serc! kto się cofa w rozwoju, ręka do góry!”. I dopiero po kilku sekundach dochodzi do mnie, że to się dzieje naprawdę i że to naprawdę wypadło z moich ust.

Ale na czym to ja skończyłam? Kuba. Przebywał na placu późnym wieczorem. Razem z nim była jeszcze Nikola- śliczna córeczka białej kobiety i czarnoskórego mężczyzny. Po dziewczynkę przyszedł tata. Kuba był niezmiernie zaciekawiony jego karnacją i podchodząc do mnie z uśmiechem od ucha do ucha, pyta głośno :

- A czemu ten pan jest brązowyyyy ???
Czuję palące zakłopotanie na twarzy i mówię do Kuby szeptem :
- Kubuś, ten pan jest z innego yyy państwa.
- A z jakiego ? Z FILHARMONII ?
Śmieję się, tłumacząc, że nie ma takiego państwa… Chłopiec nie poprzestaje na dwóch pytaniach :
- A czemu ten pan ma czarne usta ???
Biorę chłopca na ręce i mówię do ucha :
- Nie mów tak, bo temu panu będzie przykro. 
„Odkładam” Jakuba na ziemię, naiwnie mając nadzieję, że dotarły do niego moje tłumaczenia. Ten znów zerka na mężczyznę i wesoło podskakując, śpiewa :
- Murzynek Bambooo w Afryce mieszkaaaa…..

To po prostu zbieg okoliczności, że akurat w tym momencie przypomniał sobie ten wierszyk. Prawda..? Mam rację, prawda..? Nie…..?

Uwaga. Ta notka dopiero się rozkręca. Przepraszam.

Znalazłam jeszcze kartkę z zapiskami przedświątecznymi. Przepraszam.

Wiecie, w wigilijny wieczór, kiedy patrzyłam za okno, nie widziałam śniegu. Chociaż padał. To za sprawą czteroletniej Gosi, która pewnego dnia siedziała na krzesełku, patrząc zahipnotyzowana za drzwi hipermarketu i z jej ust wydobyły się słowa :

- Ale pięknie śmierć pada….

Czysta poezja, my sweet 666.

Dziewczynka ma dobre rozeznanie w pogodzie, na bieżąco komentowała jej stan, gdyż parę minut przed padaniem śmierci, twierdziła :

- Ale dzisiaj deszczowo na ament…

Zanim dowiedziałam się, że ma na imię Małgosia, zwracałam się do niej bezosobowo, ale kiedy wdałam się z nią w dłuższy dialog, uznałam, że warto znać imię mojej rozmówczyni. Pytam zatem :

- A jak ty masz na imię, hm?
Przyzwyczaiłam się do krótkich odpowiedzi na pytania tego typu. No ja nie wiem, Ania, Basia.. hmm, Damaris?
- Małgosia… albo Gosia.. albo Gośka.. ale nie Gąska! Bo taki jeden chłopak powiedział ma mnie „Gąska”, a Gąska to ktoś, kto pływa w stawie, a ja nie mam takich specjalnych nóżek, żeby pływać… – powiedziała lekko zasmucona

Rozumiem. Nie chciałam trafić w Twój najczulszy punkt. Kiedyś wyrosną ci takie specjalne nóżki, na pewno. Musisz w to uwierzyć. Wiara to siła! Bądź silna jak wiater! Dajcie mi W, dajcie mi I, dajcie mi A, dajcie mi T, dajce mi E, dajcie mi R, dajcie mi W-I-A-T-E-R.. dajcie mi www.żal.pl !

Gosia koniecznie chciała usiąść na małym krzesełku, ale ponieważ siedziała na nim inna dziewczynka, zaproponowałam jej, że posadzę ją na większym. Zaczęłam wymyślać do tego wielką ideologię :

- Widzisz, to jest takie duże krzesełko, dla dużych dziewczynek, jesteś teraz ważna i duża jak pan prezydent [mówiłam już coś o moich supertrafnych porównaniach? no właśnie...]
Małgosia zawiesiła się trochę w rozmyślaniu nad moimi durnymi wymysłami i po chwili mówi cichutko :

- Ale tak naprawdę ja jestem malutka… taka.. malutka prezydentka…

Dziewczynka wydawała się być niezadowolona z faktu swojej małości, postanowiłam więc podnieść ją na duchu, mówiąc, że ja też jestem malutka, niewiele większa od niej. Gosia odparła :

- A od ciebie to mniejsza jest tylko pogoda. I ciocia Zośka, ale ona jest ogromna jak kula śniegowa.

Co za okrutny diss przykryty płachtą uprzejmości. Co ona miała na myśli? Kochane Bravo, czy ja jestem gruba? Czekam na odpowiedź, Karolina 20 lat.

A skoro już o grubości – na placu pojawił się czteroletni Michałek, był tutaj ponoć pierwszy raz i nie bardzo wiedział, jak się zabrać do zabawy. Zjechał ze zjeżdżalni, ale nie mógł znaleźć wyjścia z pomieszczenia. Wskazałam mu na dziurę w siatce i wyjaśniłam, że musi przez nią przejść. Chłopczyk próbował przecisnąć się przez małą lukę, ja w tym czasie robiłam sobie kawę, kiedy usłyszałam cichy płacz chłopca. Odnalazłam go wzrokiem- siedział koło zjeżdżalni patrząc na dziurę w siatce. 

- Dlaczego płaczesz? Nie umiesz tędy wyjść, kochanie? – zapytałam
Po chwili dowiedziałam się o jego problemie.
- Ja chyba jestem za gruby……

.. Oj to będziesz musiał wyciąć sobie żebra, które prześwitują ci przez koszulkę, jestem pewna, że to one stanowią problem.

Jednak moim absolutnym faworytem jest sytuacja, która miała miejsce jednego dnia, gdy pracowałam z Agą. Ogarnęła nas jakaś straszna melancholia, pełne zawieszenie systemu operacyjnego mózgu. Zdawało się, że nic w życiu nie może nas już zaskoczyć. 
Do czasu aż nasze umysły, dusze, serca i ciała wypełniło zdanie wypowiedziane z ust pięcioletniego Samuela. Teraz wiem: tak smakuje koniec świata….

- Proszę pani… chyba znalazłem kupę…

Momentalnie nasze oczy rozszerzyły się do nieco większych rozmiarów niczym morze, które rozstąpiło się przed Mojżeszem i nie mogąc uwierzyć w realność słów chłopca, zapytałyśmy :

- Cc… co znalazłeś ?!!!!
- Kupę… dobrze zrobiłem ???

Zależy o co pytasz- o to, czy dobrze zrobiłeś, znajdując ją, czy dobrze zrobiłeś, robiąc ją.

Samuel zaprowadził nas koło zjeżdżalni, gdzie faktycznie leżało parę czegoś na kształt kupy. Momentalnie mój perfekcyjny mejkap zmieszał się z oceanem łez.. Aga próbowała chwytać się wiary w to, że może wzrok nas myli.. Że może to suszone śliwki… Albo szyszki ? 
Czy to kupa czy nie kupa? Czy January ma rację, a Dusia blefuje? Tego nie wie nikt, nawet Pan Boguś, ale w każdym razie zostało sprzątnięte, jednak odebrało Adze apetyt na wigilijną kolację. Podejrzewam, że odebrało go także ludziom, którzy siedzieli przy stoliku zaraz przy placu i zajadali się w najlepsze w klimacie naszych negocjacji na temat jestestwa odkrycia Samuela.

W tym samym klimacie pozostawiam Was, moje drogie porycioszki i – jak to rzekł dzisiaj Kubuś – :

- Ta dziewczynka powiedziała : „idę spać, nie chce mi się dłużej stać” !

Zatem przyłączam się do dziewczynki i razem z Kubą „idę ratować ludzi ze sklepu”.. 

Siła serc ! ! ! ! 

ja 1:46:50
a moze bym se notke pierdolnela <mysli>

Jak elokwentnie pomyślała, tak czyni.

Nareszcie jestem tą panią ciocią wiewiórką, którą znam. Otoczoną bajzlem, w bardzo starej piżamie bądź pidżamie, zawalona stosem rysunków „dinozarłów” i „koników z kwiatkowymi skrzydłami” i jeszcze większym stosem bardzo niedbale zapisanych dialogów. 

Umarłam miliard pięćset sto dziewięćset razy, kiedy czytałam w komentarzach opowieści moich Współpracowniczek. Żałuję, że nie słyszałam po raz setny Roksany, kiedy opowiada o dupie pierdolonej. Ale miałam porównywalny ubaw, kiedy z pluszowym kotkiem tańczyła wokół taty i nuciła: „kotek, koteeek pierdolonyyy”. A pan stwierdził, że „pewnie to pani Karolinka nauczyła cię takich słów”. Ależ tak. Przyznaję się do opowiadania Roksi o jedzeniu kupy, ale w porównaniu do dziewczynki, nie jestem na tyle kreatywna, by spłodzić w głowie kotka pierdolonego. Przepraszam. Taka głupia ta pani Karolinka, za grosz wyobraźni…

Roksana ostatnio potraktowała z buta moją psychikę. „Ostatnio” to niezbyt trafne słowo, gdyż jak wiadomo „ostatnio” w jej przypadku oznacza bardziej „jak zawsze”. 
Jednak nie wiedzieć czemu, serce skacze mi z radości, kiedy ją widzę; może dlatego, że działa na mnie lepiej niż kawa i mogę na tym zaoszczędzić. No nie wiem.
W każdym razie tuż po jej przyjściu odczułam, że jest łagodniejsza niż zawsze, więc i ja byłam łagodniejsza niż zawsze, nawiązałam z nią cudowną więź, jak przypuszczałam. Dopytywałam się, co u niej słychać, jak tam w przedszkolu, itd. Dziewczynka brnęła w rozmowę bez wulgaryzmów i byłam z niej naprawdę dumna. Kiedy widziałam, że zajęła się sobą, rozpoczęłam tzw. „make up time” ;), wyjęłam z torebki mój nowy błyszczyk i zachwycałam się nad jego słodkim smakiem i zapachem. Roksi podeszła do mnie zaciekawiona. Zwróciłam się do niej :

- Zobacz Roksi, a ja mam nowy błyyy-szczyyyk ! Zobacz jak pięknie pachnie!- powiedziałam podstawiając jej pod nos tubkę. 
Dziewczynka bez przekonania i dosyć nieufnie powąchała kosmetyk, po czym skrzywiła się w ten swój charakterystyczny sposób i krzyknęła :
- Ale gówno !!!
Roześmiałam się i odpowiedziałam :
- Aaa Roksana.. nie znasz się…
Ta przedrzeźniając mnie, odparła :
- Nie znasz się, nie znasz się … ! Ten, kto się nie zna, ten dupy nie ma.. !

Ooooj, ktoś tu nie ma dupy i to nie jestem ja ;)

Przedwczoraj natomiast przyszła nasza kochana Maja „Tyranozaur”, więc byłyśmy z Agą wniebowzięte. Boguuusiu, ile radości sprawiała nam zabawa z nią, chyba byłyśmy tym bardziej podekscytowane niż ona sama. Dziewczynka szybko zauważyła, że „panie tutaj nie pracują, tylko się bawią”.. No tak. Żadna inna praca nie przewiduje wypłat za zjeżdżanie po zjeżdżalni i skakaniu na gumowych piłkach. Bystra dziołcha z ciebie.
Tego dziecka nie da się nie uwielbiać. Już przy samym wejściu dziewczynki słaniałam się ze śmiechu. 

Zauważam, że Maja ma nowe buty, więc postanawiam ten fakt skomentować :
- Ooooo Maju, jakie masz ładne buciki…
Mała prezentując swoje niekompletne uzębienie, rzecze :
- Chce pani powąchać od środka ?????
Zanim zdążyłam powiedzieć : „no.. niekoniecznie”, już siedziałam bezbronnie na podłodze z twarzą wetkniętą w jej obuwie. Nie chcąc robić jej przykrości zaciągnęłam się jego zapachem. Poczułam ulgę wypuszczając powietrze, bo buty naprawdę były bardzo nowe i tylko taki zapach zarejestrował mój nos.
- Occhhhh, jak pięknie pachną! Jak kwiaty! – powiedziałam ze śmiechem
Maja jak zwykle okazała się większym znawcą zapachów.
- Koniem pachną !

Jakie ja mam biedne życie. Nigdy, ale to nigdy nie wąchałam konia. A miałam tyle okazji.. czuję, że tyle ważnych chwil przeleciało mi przez palce.

Później wciągnęła mnie rozmowa z Agą i pochłonęło mnie narzekanie na pogodę, na to, że zimno, że ciemno, że szaro. Moja kochana współpracowniczka wpadła na pomysł, że kiedy przyjdzie wiosna, będziemy sobie robić wycieczki rowerowe.. z radością wykrzyczałam „TAAAAAK!!!”, po chwili przypominając sobie, że przecież nie mam roweru… Na pomoc przybiegła mi Maja, krzycząc zza siatki :

- Ale ja mam rower! Rower z meteorytami !!!

Dzięki Bogu, że z meteorytami, na innym jeździć nie będę.

Przed przyjściem Majki, dzieci nie bardzo wiedziały, jak mają zorganizować sobie zabawę. Mnie również udzielił się ten nastrój, więc zaczytałam się w gazecie, kiedy nagle tę czynność przerwał dialog :

- Bawimy się w kota? – pyta jeden z chłopców.
Po chwili namysłu, reszta chórkiem odpowiada :
- Eee nieee…
- A w lody cynamonowe? – proponuje któraś z dziewczynek
- Niieeee… – znów stwierdzają zgodnie
- A w coś ???
W ciągu mikrosekundy, dzieciaki solidarnie odpowiadają z entuazjazmem :
- TAAAAK !

Ponoć najprostsze rozwiązania są najlepsze…

Po pewnym czasie zabawy w .. coś, przychodzi do mnie mały Czaruś i z głową spuszczoną w dół, mówi naburmuszony :

- A proszę pani.. on powiedział do mnie „dziad”…

Coś ci doradzę : w takich sytuacjach należy wmówić sobie, że usłyszałeś coś zupełnie innego. 
Na przykład, kiedy Roksi mówi : „ty śmierdzielu”, udaję, że słyszę : „wielbię panią ponad wszystko”.
Ale to i tak nie działa. Więc moja rada to : musisz z tym żyć :)

Bo od życia nie zawsze dostaje się to, czego się pragnie. Wie o tym Andżelika (5 lat), która przy zakładaniu butów do wyjścia, mówi rozmarzona do rodziców :

- Mamo, ja chcę lodaaaa…
Wyraz twarzy rodzicielki nie wskazywał na zadowolenie, natomiast tata okazał się mieć podobne potrzeby jak córka, kiedy równie rozmarzonym tonem, rzekł pod nosem :
- Ja też…

Zapomniałam wspomnieć o malutkiej wpadce, jaka zdarzyła mi się podczas opisywanej ostatnio wizycie Svena i Krzysia na placu. Otóż, kiedy tata Svena zostawiał go u nas, poprosiłam go o podanie numeru telefonu, co czynimy zawsze ma wypadek, gdyby dziecko chciało na przykład wyjść do toalety. Tata po podaniu numeru, oznajmił :
- Jeśli odbierze sekretarka, proszę poprosić o połączenie z Prezydentem – rzekł niezmiernie rozbawiony swoim żartem (trochę suchym niestety ;))
Po pewnym czasie przychodzi do mnie jeden z chłopców i prosi o wykonanie telefonu do taty, gdyż zachciało mu się pić. Dzwonię więc wedle prośby i kiedy odbiera ojciec, mówię :
- Dzień dobry, dzwonię z placu, czy dodzwoniłam się do pana Prezydenta? – pytam radosnym tonem, okropnie zadowolona z siebie.
W słuchawce słyszę jednak głuchą ciszę. Po chwili męski głos mówi :
- SŁUCHAM???!
Uznaję, że tata nie usłyszał pytania, więc powtarzam :
- Czy to pan Prezydent? Dzwonię z placu zabaw, ponieważ Krzyś prosi o coś do picia – mówię ponownie jeszcze bardziej zadowolona z siebie. Moje zadowolenie mija wraz z uświadomieniem sobie, że to nie tata Krzysia, ale Svena mianowiał się Prezydentem…
I jak tu się potem wytłumaczyć…? „Sorki, ale nie mam mózgu po 10 godzinach pracy”?
Podobnie sprawa ma się, kiedy zamiast powiedzieć „dzień dobry, dzwonię z placu zabaw, ponieważ Jaś chce iść do toalety”, mówię : „dzień dobry, dzwonię z toalety, ponieważ Jaś chce iść na plac zabaw”. 
Ała. Niech mnie ktoś naprawi…

No ale wróćmy do rzeczy i przeteleportujmy się do środka placu, gdzie bawi się gromadka chłopców.
Wszystko jest pięknie ładnie, póki nie słyszę Jasia :
- Proszę pani, bo on mnie uderzył !!!!
Pani ciocia wiewiórka wkracza do akcji, przenosi się na miejsce zdarzenia i staje przed chłopcami z miną „zaraz tu zrobię porządek”. Aga ostrzega chłopców, że pani Karolina zaraz wszystkich wyrzuci za świat, ja przytakuję, dodając :
- Macie się grzecznie bawić, bo inaczej wszyscy stąd wylecicie. Jesteście kolegami i macie żyć w zgodzie jak…
No nie mogłam znaleźć odpowiedniego przykładu. Jak Aga stwierdziła później, nie jestem w tym dobra. Po namyśle, dokańczam :
- Jak mąż z żoną….. jak pies z kotem…
Odzywa się Jaś- i nie wiem, czy jest mistrzem ironi, czy może w porównaniach jest równie świetny jak ja, ale mówi pod nosem :
- Jak dziecko starej baby…

Jaś był genialny z tą swoją starą babą. Kiedy miał już wychodzić, tata poprosił go, żeby znalazł w szafce swoje buty. Chłopiec rozpoczął poszukiwania. Nagle odchodzi energicznie od szafki, patrzy na tatę i ze wzrokiem pełnym jakiejś chorej fascynacji, mówi :

- W starym papciu siedzi babcia.

Po czym znów zaczyna szukać butów…

Agnieszka widząc, że nie idzie mu to najlepiej, sięga do szafki i wyciągając dwa różne buty, pyta chłopca :
- Które- brązowe czy niebieskie ?
Chłopcu chyba wydawało się, że to coś na kształt sklepu. Znów odbiega od szafki i patrząc na ojca, pyta :
- Tato, mogę niebieskie ????

Do wyboru do koloru, ale nie przystał na propozycję moich balerinek z kokardkami..

Przypomina mi się jeszcze jedna sytuacja.
Ostatnio Roksana prawie przez 2 godziny bawiła się z jedną dziewczynką. I o dziwo nie kłóciły się wcale, bardzo zgadzały się ze sobą co do wszystkich zabaw, nawiązało się coś na kształt dziewczęcej przyjaźni. Niestety dziewczynka opuściła plac wcześniej niż Roksi. Po ubraniu kurtki opuściła plac. Roksana krzyczy do niej, kiedy ta już odchodzi:
- To cześć Klaudia !!!!! Pa Klaudia !!!!
Dziewczynka idąca z mamą za rękę, przystaje, stoi w bezruchu i milczeniu parę dobrych sekund, następnie krzyczy rozżalona :
- ROKSANAAAA !!! JA NIE MAM NA IMIĘ KLAUDIA !! JA JESTEM MAJA !!! – po czym bardzo pretensjonalnie krzyżuje ręce i oddala się obrażona.
Roksana obserwuje dziewczynkę bez emocji, po czym macha ręką lekceważąco i mówi pod nosem :
- Klaudia.. Maja.. dupa.. czy jak ci tam…

Wykorzystała i porzuciła. W dupie ma dwie godziny z Klaudią.. Mają.. czy jak jej tam.

Ostatniej sytuacji nie potrafię w żaden sposób skomentować. Ani teraz, ani wtedy, kiedy miała ona miejsce. To było jak sen, z którego przebudziłam się płacząc ze śmiechu.

Przybiega do mnie Jaś, strasznie zirytowany i nie wiedzący, co ze sobą zrobić. Mały, nieporadny skarżypyta, który sam nie wie, o co mu chodzi :

- Proszę pani.. oni mi się nie pozwalają ze mną bawić..

Oj.. ojej.. no więc.. więc.. hm……. 

Dobranoc :)

Jesteś turystą?
Mam złe wieści: nie cieszysz się zbyt dużym szacunkiem wśród dzieci.
Nie mają o Tobie zbyt dobrego zdania.
Mówiąc krótko : gardzą Tobą ;)
Gardzi Tobą Julka, która bardzo dobrze wie, jak wygląda zabawa w turystów. A jak wygląda?

- Turyści rzucają w turystów kamieniami, a potem turyści idą do domu i piją herbatę.

Ojej. Obawiam się, że niekoniecznie wiedziałam o tym wyjeżdżając na wakacje.

Rzadko bywam w pracy w weekendy, dziś jednak miałam tę wątpliwą przyjemność. Wątpliwą, bo w niedzielne popołudnie można jedynie w bardzo odważnych marzeniach umiejscowić taką sielankę jak w ciągu tygodnia. Powiedziałabym nawet, że wiem o hardkorze więcej niż hardkorowcy. 
W pracy nie dopisywał mi dobry humor, ale słowa dzieci są jak ciepłe skarpetki po zdjęciu przemokniętych butów. 
I może maluchy nie mają dobrego zdania o turystach, ale za to miewają skłonności do wielbienia samych siebie. I wcale tego nie ukrywają.
Udowadnia to Krzyś przebywający u nas pod koniec dnia. Biegając po placu, krzyczy wniebogłosy :

- Uwaga ! ! ! Jestem PÓŁBOGIEM ! ! ! 

Z Krzysiem bawił się pięcioletni Sven, który chciał chyba uświadomić koledze, że potrafi drzeć się jeszcze głośniej. Chłopcy bawili się w nie-powiemy-pani-w-co, ale Sven naprawdę głośno krzyczał co parę sekund tę samą formułkę :

- Krzysieeeeek ! Wstęp wzbroniony bombą !

Do tej pory nie wiem, czy powinnam napisać „bombą” czy „bombom”. Czyli nie mam pojęcia, czy chodziło o to, że wstęp wzbrania bomba, czy też może dla bomb nie ma wstępu. Nie wiem. Ja mam tylko 20 lat i tak niewiele wiem o życiu i bombach.
Po pewnym czasie jednak Krzysiowi znudziła się zabawa wymyślona przez Svena (może miał ten sam dylemat co ja?) i oznajmił chłopcu, że nie chce się już bawić. Sven zdawał się być oburzony decyzją malucha i przez chwilę próbował go namówić do dalszej zabawy. W końcu wybuchnął (jak bomba) i krzyżując ręce na piersiach, rzekł obruszony :

- Ty choinko wredno-świąteczna !!!!! Ale z ciebie ciapaciuła !!!

Obraza chłopców nie trwała długo, gdyż Krzyś został odebrany przez mamę, a Sven pozostał sam na sam ze swoja frustracją. Nudził się śmiertelnie, łaził w jedną i drugą stronę, opowiadając mi rozmaite ciekawostki. Był tak nadpobudliwy, że zrobiło mi się niedobrze od wodzenia za nim wzrokiem. Co chwilę teleportował się z jednego miejsca do drugiego jednocześnie mówiąc do mnie, a ja usiłowałam cały czas patrzeć mu w oczy. Nie krył swojej fascynacji grami komputerowymi i był nieziemsko rozbawiony, kiedy poradziłam mu, żeby nie grał zbyt długo, bo popsuje mu się wzrok. Roześmiany oświadczył, że popsuć może się telewizor a nie oczy, a jeśli już to nastąpi, to „jakiś pan naprawiacz naprawi”. Wróżę Svenowi przyszłość literacką, gdyż jego słowotwórczość przebija wszystko.

- A ja grałem w takich kurczaków! Ta gra się nazywała.. yyy… no „Kontra robaków” i tam było trzeba było coś takiego, że był targ, kuchnia, kanalizacja, targ i jeszcze na dodatek kuchnia, obatorium i kamizacja i trzeba byłoooo dup dup dup robaki ! ! ! Gra jest bardzo gruba.. a tam robaki są złe, a kurcacy są dobzimi.

Noooo! I to jest to! Nie jakieś Tekkeny, CS’y czy GTA, tylko „Kontra robaków”, słyszycie? Powiedzcie to swoim chłopakom. Oczywiście wiele było gier, w które ciorał Sven, kolejną ulubioną była :

- „Czerwony jajosmok” ! ! – powiedział Sven zawieszając się z otwartymi ustami przy zakładaniu butów do wyjścia.

Wcześniej jednak próbując zająć go czymś innym niż ciągłym gadaniem o grach, wskazałam palcem na pizzę, którą zostawił na przechowanie jego tata i spytałam, czy lubi jeść takie rzeczy. Sven podszedł do pudełka, otworzył je i zaczął z błyszczącymi oczami przyglądać się pizzy. Widząc, że chłopiec pożera ją wzrokiem, ostrzegam go :

- Wiesz Sven, że nie możesz jeść na placu. Zjesz, jak skończysz się bawić.
- Ale ja ją tylko oglądam, czy wszystko jest w porządku. – odpowiedział znów kierując wzrok na otwarte pudełko.

Rozglądam się dookoła, by zorientować się, czy jakiś maluch jeszcze dziś odwiedzi plac, a kiedy odwracam się w stronę Svena, dostrzegam, że jego szczęka intensywnie pracuje, a z ust zwisa mu kawałek sera. Krzyżuję ręce na piersiach tak jak chłopiec zrobił to wcześniej i mówię :

- Mówiłeś, że tylko oglądasz….
Przyłapany na gorącym uczynku chłopiec uśmiecha się zawstydzony i odpowiada :
- Ale ja ją tylko oglądam buzią…

No dobra. Za błyskotliwość przechodzisz do następnego etapu „Mam talent”.

Obawiam się, że dziś znów ktoś wyleci za świat za nieprzeczytanie notki do końca. No trudno.
Niestety znów pierwsze skrzypce grała ostatnio Roksana, której „dupa” wychodzi mi już bokiem. Ale tym razem przeszła samą siebie. Madzia nie mogła uwierzyć, że Roksana używa takich słów i byłaby skłonna pomyśleć, że wszystko na blogu koloryzuję ;).. dopóki na własne uszy nie usłyszała jej słodkiego klnięcia. 
Teraz tak : wyobraźcie sobie pięcioletnią śliczną dziewczynkę. Blond włosy, bielutkie ząbki, dziewczęca spódniczka i koRoRowe spinki do włosów. Na myśl przychodzą same miłe skojarzenia, prawda? Dopóki nie usłyszycie, aż z małych usteczek tego aniołka wydobywa się ryk ściągający na siebie spojrzenia wszystkich ludzi dookoła :

- PIERDOLEEEEE STAJENKEEEEEEEE KURWA PIERDOLONAAAAA ! ! ! ! 

Bogusiuuu, tak bardzo chciałabym ją wychłostać potokiem krytycznych słów, ale zaraz po zdaniu : „Roksana, bawi cię to? Bo mnie nie.” wybuchłam śmiechem pełnym hipokryzji. Zwyczajnie usiadłam na krześle i cedziłam przez zęby, że dzwonię po rodziców i że miarka się przebrała. Dziewczynka trochę się ogarnęła i kamień spadł mi z serca, kiedy zapytała grzecznie, czy może się napić swojego soku. Odpowiedziałam, że może i podałam jej napój. Ta chwyciła go w ręce, ale zanim wlała go do gardła, postanowiła powąchać. Po wykonaniu tej czynności skrzywiła się kwaśno i pisknęła : 

- FUUUUUJ !!!!! Kurwa !!! To śmierdzi jak świnia !!!!!!!!!

Nagle wśród ludzi siedzących w pobliżu placu wybuchła salwa śmiechu, a ja byłam taka mała, taka bezradna, i tak bardzo rozmazał mi się tusz na oczach..
Roksana najprawdopodobniej kocha święta, nie muszę chyba tłumaczyć dlaczego. Sama najlepiej wyraziła swoje uwielbienie do świątecznych symboli, szczególnie stajenki. Do kolęd odnosi się z podobnym zamiłowaniem, ale wolę nie cytować zmodyfikowanej wersji kolędy „Pójdźmy wszyscy do stajenki”, bo to mogłoby zniesmaczyć niektórych Czytelników.

Niektórzy wolą iść gdzie indziej niż do stajenki. Tak jak Dawid- ten Dawid, który ostatnio zarzekał się, że tak mnie kocha. Zapragnął rysować, więc dałam mu małą zieloną karteczkę i wyciagnęłam kredki, bo liczyłam, że będzie ich używał. Ten jednak okazał się minimalistą. Dał mi karteczkę, na której widniało tylko napisane długopisem : „100″. Zapytałam, dlaczego napisał tę setkę na kartce. Dawid odpowiedział rozemocjonowany :

- No jak to dlaczego ?! To jest forsa !!
Następnie wyrywając mi karteczkę z ręki, oznajmił :
- Mam zielone !!! Mam forsę !! Sto dolców !!!!!! Idę na piwo !!! 

Dooo..dobrze. No to przynieś i dla mnie. Najlepiej dawkę znieczulającą.

Moją wiarę w niewinność dziecka przywróciła Maja („Tyranozaur”), która znów nie odmówiła sobie obwąchiwania mnie i przytulania się z oddaniem. Tym razem nie pachniałam już jak spaghetti. Tym razem : „pani pachnie jak polne kwiaty !”. Poza tym dziewczynka znów – jak sama to nazywa – „figlusiowała”. Po swoim figlusiowaniu, przybiega do mnie zziajana i chowa się za moimi plecami. Rozumiem klimat, więc pytam udając zaniepokojoną : 

- Co się stało ?! Potwór cię gonił ???
Dziewczynka nie przestając dyszeć, odpowiada, tuląc się do moich pleców:
- Nie….. coś gorszego…. Dziewczyna !!!

A ja myślałam, że tylko CHŁOPACY tak uważają.. oj, Maja, nie rób mi tego.. samobója se strzelasz.

Maja to naprawdę kochane dziecko. Chociaż momentalnie w nią zwątpiłam, kiedy to- jak mi się zdawało- rozpoczęła temat kupy, która.. to nie zabrzmi najlepiej, ale… przejadła mi się ;)
Sytuacja miała miejsce, kiedy siedziałam z dzieciakami na materacu. Te przytulały się do mnie, łaskotały mnie i ciągnęły za sukienkę. Nagle dołącza do nich Maja, siada twarz w twarz ze mną i zupełnie poważnie, mówi :

- KAŁ.
Boże, proszę Cię, zarzuć innym tematem. Tylko nie to. Wiem dobrze, o czym mówi, ale pytam (bo może się przesłyszałam? Ależ na pewno…) :
- Co?
- K-A-Ł.
Nie, nie przesłyszałam się.
- Ale co to jest?
Czy ja słyszałam siebie, gdy zadawałam to pytanie? Czy ja śnię czy też naprawdę pytam pięcioletnie dziecko, co to jest kał?
Odpowiedź Maji przerosła moje najśmielsze oczekiwania.
- KAŁ to jest „krowa” po angielsku……

No.. no przecież jasne, że krowa… czy ktoś przez chwilę pomyślał inaczej….?
Gówno wiecie, czym jest „KAŁ” ;)

Dobranoc.

Dobrze. Zatem bawiliśmy się już w dzikie zwierzęta, pająki aryjskie, niedźwiedzie grodzkie, w psy bardziej i mniej chore, w jedzenie marchewki z glutami, w poligon i gryzienie po nogach rówieśników. No i co? Okazuje się, że może być jeszcze fajniej.

- Najlepsza zabawa : PATROSZENIE !

.. Rzekł dziś z nieskrywanym entuzjazmem sześcioletni Jakub wyglądający na chłopca, który zostanie gothem albo przynajmniej zadowolonym z życia sadystą.
O Boziu, Bożenko, Bogusiu i Boże, czemu we mnie jest jeszcze tyle wiary w dziecięcą niewinność? Życie niczego mnie nie nauczyło. „Karolina się nie nauczyła” – rzekłaby pewnie Roksanka. Przepraszam. Ona ujęłaby to raczej : „Karolina ma to w dupie”.

- A na czym polega ta zabawa?
Jakub uśmiechnął się tak szeroko, że ślina na jego zębach roztoczyła dookoła większy blask niż Gwiazda Betlejemska.
- No normalnie… bierze się głowę i wali w mur!

No to fajnie. To ja może pobawię się w to w domu po pracy. Tak w ramach chillout’u. Polecam!
Jakub chwycił mniejszego od siebie chłopca- pięcioletniego Sajmona za włosy i chciał już rozpocząć patroszenie, ale ku jego wielkiemu rozczarowaniu, nie wyraziłam na to zgody. Kuba ubolewał też nad inną kwestią :

- Szkoda, że tu nie ma mieczy takich świecących do zabawy..
- Szkoda .. – przytaknęłam
- .. albo siekiery.

Przytaknęłam mechanicznie, ale dopiero po kilku sekundach doszło do mnie, że odpowiedziałam : „wiem Kuba, masz rację”. Hm. Mam nadzieję, że nie odebrał tego zbyt osobiście.
Bardzo zależało mi na tym, by zejść z czarnego humoru i udałam przez chwilę, że na Kubę nie zwracam uwagi. Skupiłam swoją uwagę na czteroletnim Jasiu, który zafascynowany był bez końca przedszkolem. Słuchałam go z uwagą, gdy nagle do rozmowy wtrącił się Kuba. Szturchając malucha po męsku, spytał :

- I co? Podkochujesz się tam w kimś ???
Chłopiec mocno się zawstydził, chciałam trochę pomóc mu w pokonaniu tego uczucia, więc spytałam Kubę :
- A może ty się w kimś podkochujesz, co?
Jakuba momentalnie zgasiło, jego wyraz twarzy wskazywał na to, że przypomniał sobie coś w stylu najbardziej traumatycznego doświadczenia życiowego. Wybełkotał zniesmaczony :
- Mnie kiedyś dziewczyna podrywała. I uciekałem. Nie miałem gdzie uciec… Nie miałem gdzie się skryć…

Myślę, że mogłeś pobawić się z nią w patroszenie, to rozwiązałoby problem.

Kiedy Jakub otrząsnął się z traumy, znów wrócił mu dobry humor. Opowiadał mi jakieś anegdotki, napisał na kartce „JOŁ” i tak się zmęczył swoją błyskotliwością, że zachciało mu się pić. Rodzice zostawili mu do picia Pepsi; siągnął więc za swój napój i zaczął siłować się z zakrętką, więc zaproponowałam, że odkręcę ją za niego. Nagle Kuba wypala :
- Niech pani powie : „otwórz Pepsi” !
- Otwórz Pepsi !
- Jesteś seksi ! – odpowiada chłopiec, bardzo rozbawiony swoim żartem.

No wreszcie jakiś komplement na czasie! A nie jakieś „pani pachnie jak marchewka” !
Jakub wyznał, że w przyszłości chciałby być didżejem. Dopytywałam, dlaczego, i czy mama nie wolałaby, żeby był lekarzem lub prawnikiem.

- Nie, bo ona jest didżejką i musi iść na komendę policyjną z Marsa. – odpowiada i znów tarza się ze śmiechu. Czyli, że ROTFL. Po jakimś czasie, kiedy temat DJ zdawał się być już zamknięty, Kuba wybiega do mnie z placu i, tym razem, bardzo poważnie pyta :

- A widziała pani kiedyś siusiaka nosorożca jak był didżejem ?

Zaraz zaraz. Ale jak kto był didżejem- nosorożec czy siusiak?

Mój mózg znów wypełnił się sieczką, siusiakami i patroszeniem. Szukałam równowagi w rozmowie z Jasiem. Temat pobytu jego taty w szpitalu miał okazać się odskocznią od wymłóconego myślenia.
Miał okazać się. Ale nie okazał się.

- A mój tata był w szpitalu !!! Zabrali mu migdałki !!! KRADZIEJE !!!!

Następne minuty spędzałam na ocieraniu łez chłopca. Co za podłe świnie ! Zawsze mówiłam, że coś jest w tym wycinaniu.. to znaczy zabieraniu.. migdałków !
Kiedy skoncentrowałam się na wielkiej rozpaczy Jasia, Jakub i Sajmon wreszcie przypomnieli sobie, po co przyszli na plac i rozpoczęli zabawę. Bawili się w berka i gra musiała obudzić w nich ogromne emocje, bo Kuba przybiegł do mnie, skarżąc się, że Sajmon powiedział brzydkie słowo. Odpowiedziałam, że to bardzo niegrzecznie tak się zachowywać i takie słowa są nieładne i nie powinno się ich używać. Jakub zgodził się z tym, dodając :

- A ja nie przeklinam wcale! Ja chcę być dobrym osobnikiem!
- To bardzo ładnie! – odpowiedziałam – Dobry chłopiec! Przybij piątkę!
Kuba przybił piątkę… ale to nie był koniec jego wypowiedzi… 
- .. No i chcę przecież dostać quada na komunię.. !

A ja myślałam, że na komunię dostaje się bombonierki, boomboxy i Smerfne Hity…

Sajmon był najmniej aktywny intelektualnie ;), ale udało mi się wykrzesać z niego iskrę absurdu, kiedy zapytałam, czy ma w przedszkolu kolegów. Odpowiedział :

- Tak. Mam.

Żartowałam. To byłoby zbyt proste. ;)

- Mam kolegów policjantów. To są roboty kuchenne.

Ahaaaa. Dobrze, to ja może włożę kurtkę i pójdę zobaczyć, czy nie ma mnie na szczycie najwyższego budynku, a potem skoczę i sprawdzę, czy jestem na dole.

- A mój kolega powiedział, że ma większe buty, a ja mniejsze.. I co z tego? To nie był żaden konkurs butów.

No więc.. na czym ja to stanęłam.. już powolutku przymierzam się do tej kurtki.. 

Później chłopcy byli już znudzeni zabawą i wszystkim dookoła i poprosili mnie, żebym pobawiła się z nimi w berka.
- Ja? Taka stara krowa? – pytam, mając nadzieję, że zauważą różnicę wieku i pomyślą sobie, że oczywiście mam rację. 
- Tak ! Nawet taka stara krowa może się gonić!- odpowiada Sajmon

Eeej. On mnie uraził. On chciał powiedzieć po prostu „goń się”, ale chciał być delikatniejszy. Doceniam. 
No więc stara krowa zaczęła się gonić, na co ludzie dookoła reagowali różnie, ale ochrony nikt nie wezwał, więc uznajmy, że na porządku dziennym jest sytuacja, kiedy opiekunka do dzieci wspina się po zjeżdżalni krzycząc : „hahaha! Nie złapiesz mnieeeee!”.
Po 15 minutach miałam dosyć i zaproponowałam, żeby chłopcy pobawili się sami. Dzieciaki uznały, że beze mnie to nie to samo i znów znudzone położyły się na materacu. Nagle Kuba powoli podnosi się z niego, mówiąc :

- Niech pani mnie urodzi jeszcze raz.

Uspokoiła mnie myśl, że to chyba sen i to nie dzieje się naprawdę. Nawet jeśli wiedziałam, że oszukuję samą siebie. Patroszenie time mode on.

Jaś, któremu wcześniej pomogłam pokonać wstyd, postanowił stanąć po mojej stronie i widząc jak chowam twarz w dłoniach, śmiejąc się trochę radośnie, a trochę histerycznie, również powoli podniósł się z materaca i pukając się w czoło, rzekł do Jakuba :

- Kolego, opanuj się wreszcie. Bo Mikuś patrzy i da Ci rózgę !!!

Jakuba chyba troszkę to ruszyło, bo zdawało mi się, że właśnie analizuje w głowie to, co wolałby dostać pod choinkę zamiast rózgi. Nie myliłam się- po chwili rzekł rozmarzony :

- Chciałbym dostać takie potwory z glutów.

No to quad poszedł w zapomnienie..

Jak wielka była moja ulga, kiedy chłopcy wyszli z placu! Ale pozostawili na nim piętno didżejów, glutów i takich takich. 

Na szczęście z opresji wyrwała mnie Aga, która wreszcie zjawiła się w pracy. Przyszły akurat dwie dziewczynki – trzyletnia Wiki i cztero lub pięcioletnia Natalka. Wiki ma twarz aniołka, przesłodka, ale często próbuje zwrócić swoją uwagę dzieci, bijąc je. Natalkę widziałam tu po raz pierwszy, jak to stwierdziła Aga- dziewczynki były siebie warte, bo obie prowokowały się nawzajem, a potem wielki płacz. Na placu zrobiło się radośnie i głośno, kiedy nagle wewnątrz rozległ się rozdzierający płacz Natalki. Biorę ją na ręce i uspokajam, ta wciąż zawodzi, sadzam ją na krzesełku, ocieram łezki i krew z nosa, próbując dowiedzieć się, co się stało. Natalka nie przestaje głośno wyć.
- Co się stało, słonko? Uderzyłaś się?
- niiiIIIIIEEeeEEEEEEEEE…..
- Ktoś cię uderzył?
- NIIiiiEEEEEEe….
- Upadłaś ?
- NiiEEEEEeeeeee……..
Po chwili płacz przeradza się w rozczulający śmiech, na twarzy dziewczynki maluje się promienny uśmiech, mała podnosi główkę i mówi :
- Bo ja uciekałam przed potworem… ! Ale wie pani co ? Nie dogonił mnie !!!
Byłam tak wzruszona, że ta chwila mogłaby trwać wiecznie.

Wcześniej Natalka bardzo nalegała, że chce wejść do środka ze swoją laleczką Barbie- syrenką, ale zaproponowałyśmy jej, że lalka będzie siedziała na szafce i patrzyła, jak dziewczynka się bawi. Żeby utrzymać tę otoczkę, Aga mówi do Natalki, kiedy ta jest u góry :
- Natalka! Pomachaj swojej lalce!
Dziewczynka macha zabawce i mówi :
- Ona ma na imię Mirandaaaa… i ona się nazywa Miranda.. i ona jest Mirandaaa… Miranda Tęcza! Bo jest kororowa… różowa, niebieska i malinowa!

Dzień byłby stracony, gdyby na plac nie przyszła Roksana. Ma ten swój charakterek, to dobre dziecko, ale pewnych nawyków słownych powinna się pozbyć. Mowa o dupie. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o dupę. Ale dziś nie tylko o dupie. W trakcie zabawy, Roksi podchodzi do mnie i mówi :
- Chcę ci coś powiedzieć na ucho!
Przystawiam więc ucho, ta zaczyna śpiewać, naprawdę słodkim i dziewczęcym głosikiem :
- Lalala…
Myślę sobie : „Boże! Ona jest cudowna! Dla takich chwil warto żyć”! Ta kontynuuje, wciąż nucąc melodycznie :
- Stara babaaa, stary dziad, kuurwa ja pierdooole…

Mój wyraz twarzy prawdopodobnie wyglądał tak :
O__________________O

Pomyślałam, że bezpieczniej byłoby teraz umrzeć.

Pod koniec dnia byłyśmy już tak wypalone na psychice, że siedziałyśmy jak te święte krówki i non stop się zawieszałyśmy. Siedziała z nami Roksana, rysując kwiatuszki. Nagle jakiś chłopiec odzywa się z placu, pytając, co tu się dzieje. Roksana i tym razem nie szczędziła mu słodkich słów :

- A nic. Sramy se.

Tym radosnym akcentem kończę patroszenie Waszych umysłów i zaprawdę powiadam Wam : kto nie przeczytał tych dupereli do końca, oficjalnie wylatuje za świat. 


  • RSS